Władcy i wygnańcy. Przeszłość i pamięć w kinie rumuńskim po 1989 roku

Rumunia - Romania - România

Władcy i wygnańcy. Przeszłość i pamięć w kinie rumuńskim po 1989 roku

Publikacja: 15 października 2021

NR 12 2013

TAGI DO ARTYKUŁU

DO LISTY ARTYKUŁÓW

Nie ma w rumuńskich filmach liftingów bohaterskich lic, patriotycznej katarakty ani usprawiedliwień. Nie ma patosu i symboliki, którymi przepełnione były komunistyczne produkcje. Jest natomiast widok odbijający się w lustrze albo w krzywym zwierciadle.

„Ojciec dobry, ojciec-tyran, ojciec-tchórz. Drogi ojciec. Śpij w spokoju” – mówi bohaterka filmu Balanţa Luciana Pintiliego, dramatu o schyłku dyktatury Nicolae Ceaușescu. Za chwilę na ekranie przeleje się krew dzieci, które zginą przez głupotę i służalczość giermków dyktatora. Nieprzypadkowo owa scena przywodzi na myśl wydarzenia z grudnia 1989 roku, kiedy ludzie ponosili bezsensowną śmierć, stając się ofiarami chaosu.

Balanţa to pierwszy filmowy rozrachunek z rumuńską przeszłością, schrypiały krzyk po długim czasie milczenia, głos szyderczy i bezwzględny. Upłynie jeszcze kilkanaście lat, zanim uczniowie Pintiliego, młodzi rumuńscy reżyserzy, stworzą brawurowe filmy rozliczeniowe, w których dokonają dekonstrukcji czasów komunizmu i rozprawią się z mitem drogiego Ojca-tyrana. Przy okazji zdobędą laury na najważniejszych zagranicznych festiwalach, a w świat popłynie wieść: kino rumuńskie się odrodziło.

Chrystus i Stwórca Nowej Fali

„Bez Luciana Pintiliego nie byłoby rumuńskiej Nowej Fali” – stwierdził znany reżyser Cristi Puiu. Jego debiut Marfă și bani z 2001 roku jest filmem założycielskim nowego kina rumuńskiego, który wyznaczył stylistykę kolejnych produkcji. Alex. Leo șerban, nieżyjący już krytyk młodego pokolenia, zaproponował dla rodzimej kinematografii żartobliwą cezurę „przed i po Cristim”. Gdyby trzymać się tej metafory i nazywać Puiu „Chrystusem Nowej Fali”, to Lucian Pintilie powinien zyskać miano Stwórcy.

Pintilie jest wielkim mitem rumuńskiego kina, jedynym tak wyrazistym przykładem odwagi i bezkompromisowości w czasach głuchoniemych twórców. W dramacie Rekonstrukcja otwarcie pokazał okrucieństwo systemu, bezmyślność propagandy i zbydlęcenie władzy. Kolejna sztuka, którą wystawił w teatrze, sardoniczny, wywrotowy Rewizor, jeszcze bardziej rozsierdziła cenzorów. Reżyser nie miał wyboru, w 1975 roku musiał opuścić kraj.

Powróciwszy z wygnania, Pintilie odkrył talent Cristiego Puiu i Cristiana Mungiu, organizował warsztaty i uczył młodych pisania scenariuszy. Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych podkreślał: „z biedy można uczynić atut”. Dziś znakiem rozpoznawczym nowego pokolenia reżyserów jest umiejętność przekucia budżetowych ograniczeń w dwa największe atuty rumuńskiego kina: minimalizm i przenikliwy realizm.

Władca i wygnaniec

Zapytany, czy nie żałuje lat reżyserskiego niebytu, Pintilie odparł gorzko: „Ile filmów nakręcił człowiek, który zadenuncjował mnie władzy? Nie licząc »filmu« z egzekucji Ceaușescu, w której brał udział, było ich trzydzieści osiem. Powtórzę pytanie: ile filmów nakręcił człowiek, który zadenuncjował Pintiliego? Trzydzieści osiem”.

Owym reżyserem był Sergiu Nicolaescu, baron rumuńskiego kina, który ma w dorobku ponad sześćdziesiąt produkcji, głównie filmów akcji i kryminałów. Jego historyczne epopeje, takie jak Waleczni przeciw rzymskim legionom (1966), obejrzały miliony Rumunów. Nicolaescu nie miał oporów, by przekuwać propagandowy bełkot historyków w filmowe obrazy. W jednym z nich Mircza Stary, rumuński bohater narodowy, przemawia do zgromadzonych żołnierzy językiem komunistycznego dyktatora. Pełne patetycznych scen zbiorowych produkcje Nicolaescu interpretowały historię po swojemu, nie oglądając się na fakty czy zdrowy rozsądek. Złośliwi nazywali go „Sergiu Ceaușescu”.

Wizje reżysera zawładnęły masową wyobraźnią i wraz z zastępami „przepisywaczy historii” utrwaliły zniekształcony obraz przeszłości w świadomości Rumunów. Kiedy reżim zaczął się chwiać w posadach, Nicolaescu wyczuł, skąd wieje wiatr, i u boku Iona Iliescu stanął na czele rzekomej rewolucji. W jednej z książek wspomina, jak stojąc na scenie, słyszał krzyk dobywający się z czterystu tysięcy gardeł: „Sergiu, Sergiu!”. Nicolaescu uciszył wzburzony tłum i podał mikrofon Iliescu, zapewniając, że przekazuje go właściwej osobie. To był jeden z momentów, który wyznaczył przyszłość Rumunii.

Największym adwersarzem Nicolaescu okazał się nikt inny jak Cristi Puiu, który po śmierci reżysera nazwał go „beneficjentem reżimu”, „właścicielem działki” i „tyranem”. Puiu wspominał, że Nicolaescu rzucał młodym twórcom kłody pod nogi, kiedy tylko mógł. „A przecież mógł bardzo wiele, bo to on, jako polityk i senator, podejmował decyzje. Żeby zrealizować film, musieliśmy pokonać tor przeszkód, które stawiali nam na drodze ludzie Nicolaescu”.

Wprawdzie to Lucian Pintilie jest uważany przez krytyków za najwybitniejszego twórcę w historii rumuńskiego kina, ale zwykli Rumuni oddają ten tytuł Sergiu Nicolaescu. Reżyser, który doniósł do władz na drugiego twórcę, zarzucając mu „brak patriotyzmu”, uchodzi za wzór patrioty; oddany orędownik nacjonalistycznej ideologii Ceaușescu uznawany jest za człowieka, bez którego niemożliwe byłoby obalenie dyktatora. Rumuńska historia nie tyle chichocze, co zatacza się ze śmiechu.

Rewolucja na żywo

Wydarzenia grudniowe w Rumunii były pierwszym przewrotem transmitowanym przez telewizję na żywo. W całym kraju ludzie siedzieli przed telewizorami, obserwując kolejne postacie, które przemawiały na ekranie. W dokumencie Haruna Farockiego Wideogramy rewolucji (1992) widza uderza wrażenie chaosu, prowizorki i nieporadności. Rozgorączkowani ludzie o płonących oczach tracą wątek, przekrzykują się, milkną. Można odnieść wrażenie, że w tłumie zaczęła się już bezlitosna polityczna przepychanka.

Siedemnaście lat po przewrocie, w 2006 roku, na ekrany kin niemal jednocześnie wchodzą aż trzy filmy przedstawiające tamten czas: Tak spędziłem koniec świata Cătălina Mitulescu, 12:08 na wschód od Bukaresztu Corneliu Porumboiu i Papier będzie niebieski Radu Munteana. W każdym z nich telewizyjny chaos pokazany jest z perspektywy zwykłego widza. W nostalgicznym debiucie Mitulescu informacja o przewrocie dociera do głównych bohaterów, kiedy są zajęci drobnymi pracami rzemieślniczymi. Zdumieni patrzą na wzburzony tłum, który nie pozwala Ceaușescu dojść do głosu. W kolejnych scenach wszyscy wychodzą na ulicę, obserwują gorączkową wyprowadzkę agenta Securitate, palą samochód i powiewają flagami. „Won Ceaușescu!” – krzyczą.

Film Mitulescu pokazuje, w jaki sposób radziły sobie z reżimem zwykłe rumuńskie rodziny – jak dzielono na trzy plasterek sera, jak w milczeniu jadano chudą zupę z liści, jak ojciec, dobrotliwy w chwilach zabawy, i srogi, gdy spokój domu był zagrożony, trzymał wszystko żelazną ręką, a matka mediowała między nim a dziećmi. Jedni próbowali stawiać opór władzy i zachowywać pozór wolności, manifestując sprzeciw, inni szli na kompromisy, żeby choć trochę poprawić swój byt, na przykład zdobyć leki dla chorego dziecka.

Ofiary chaosu

W filmie Papier będzie niebieski Munteana akcja rozgrywa się w ciągu jednej nocy, z 22 na 23 grudnia, gdy Ceaușescu uciekł ze stolicy, ale nie było jeszcze potwierdzonych informacji o jego losie. Poznajemy wydarzenia z perspektywy grupy milicjantów, którzy patrolują ulice, schowani w czołgu. Jeszcze nie wiedzą, czy trwać na posterunku jako siły podporządkowane dyktatorowi, czy bratać się z ludem. Ich zdezorientowanie i niepewność wzrastają, ponieważ rozkazy są niespójne, a łączność z bazą co chwilę się urywa.

Chaos dopada bohaterów w całej swojej bezwzględności. Milicjant-idealista, który chce dołączyć do protestujących w telewizji, zostaje pobity przez wojskowych, którzy wzięli go za terrorystę. W powszechnym mętliku nie wiadomo komu można ufać, a komu nie. Chaos zaciera granice między dobrem a złem, wyszydza patos, unieważnia wzniosłość. Koniec filmu, klamra, która powtarza sekwencję początkową, pokazuje młodych milicjantów tuż przed rozstrzelaniem ich przez żołnierzy, ponieważ nie potrafili podać hasła, które co chwilę się zmieniało. Ich śmierć jest przejmująca, absurdalna i pozbawiona sensu.

„Nie było żadnej rewolucji – powiedział reżyser Radu Muntean w jednym z wywiadów. – Przesłanie filmu jest następujące: stój tam, gdzie stoisz. To wszystko nie było warte poświęcania życia. Niewinne ofiary umierały, żeby inni mogli stworzyć wrażenie rewolucji. Kryminaliści. Śmierć dzieci miała ich uprawomocnić”.

Z racji umiłowania prawdy, której nigdy za wiele

W debiucie 12:08 na wschód od Bukaresztu Corneliu Porumboiu równie bezpardonowo rozprawia się z mitami rewolucji i rumuńskiego heroizmu. Pokazuje jednak absurd, posługując się groteską, a nie grozą. Oryginalny tytuł Była czy jej nie było? (A Fost sau n-a fost?) odnosi się do pytania, które do dziś zadają sobie Rumuni: Czy wydarzenia grudniowe w ogóle można nazwać rewolucją?

Film Porumboiu jest przewrotnym powtórzeniem mitu „rewolucji transmitowanej na żywo”. Reżyser umieszcza bohaterów w studiu lokalnej telewizji w prowincjonalnym mieście Vaslui. Widz obserwuje kolejny pokaz telewizyjnych manipulacji i kłamstw, tym razem w „niepodległej Rumunii”. Próba rekonstrukcji wydarzeń kompromituje wszystkich uczestników programu. Jak się okazuje, Manescu, nauczyciel-alkoholik, który twierdzi, że manifestował na placu przeciwko Ceaușescu i został pobity przez agentów Securitate, pił w tym czasie z kolegami w pobliskiej restauracji. Według kolejnych świadków nikogo na placu nie było. Tak przekonuje strażnik, który siedział w budce, ale nawet tego nie można być pewnym, ponieważ o 11.30 opuścił stanowisko pracy, by kupić choinkę. „Nie było żadnej rewolucji! Za Ceaușescu było lepiej!” – krzyczy na antenie kolejny widz. Rzekomy współpracownik Securitate, wspomniany przez Manescu, telefonuje podczas programu i przedstawia się jako wpływowy przedsiębiorca, po czym daje do zrozumienia, że za mieszanie go w sprawę może wytoczyć telewizji proces. Jedyną osobą broniącą upokorzonego Manescu, jest Chińczyk, który mówi przez telefon: „Nie podoba mi się, jak wy Rumuni traktujecie siebie nawzajem”. Prowadzący spławia go, nie kryjąc pogardy.

„Tu u nas ludzie są tchórzliwi” – tłumaczy drugi gość, Piscoci, starszy mężczyzna, który zamiast rekonstruować zdarzenia chciałby snuć opowieść o zmarłej żonie. Piscoci jest bardziej pogodzony z wielką historią niż z pamięcią o własnej przeszłości. „Każdy robi taką rewolucję, na jaką go stać – mówi. – Każdy po swojemu”.

Na koniec do studia dzwoni matka studenta, który zginął w zamieszkach, tylko po to, by życzyć zgromadzonym gościom wesołych świąt. „Spadł pierwszy śnieg, trzeba się nim cieszyć, bo jutro zamieni się w błoto” – mówi kobieta i się rozłącza. Trzej mężczyźni, siedzący w studio, pochylają głowy.

To, co stało się mitem konstytuującym rumuńską tożsamość narodową po 1989 roku, dla zwykłych Rumunów, pogrążonych w apatii i zniechęceniu, nie miało znaczenia. Obywatele, zajęci przedświątecznymi obowiązkami, często odcięci od informacji o przebiegu działań, przyjmowali rozwój wypadków z powściągliwym entuzjazmem. W filmie Porumboiu pamięć indywidualna zderza się z pamięcią zbiorową, ale nie przynosi to żadnej satysfakcji. Tworzenie wzniosłego mitu, gdy nie ma ku temu przesłanek, musi się skończyć klęską.

Skoro nie ma bohaterów, to nie ma też wrogów – jedyny winny zginął pod murem, zastrzelony po zaimprowizowanym procesie, w wyniku nieprawomocnego wyroku sądu. Rewolucja jawi się jako trauma i dlatego zostaje wyparta z pamięci, a proces prowadzący do jej zrekonstruowania jest wstydliwy, bolesny i kompletnie niesatysfakcjonujący.

Terror nasz codzienny

Nicolae Ceaușescu to wielki nieobecny młodego rumuńskiego kina – nawet jeśli nie jest wzmiankowany wprost, jego duch krąży nad bohaterami. Tak jest chociażby w średnim metrażu Corneliu Porumboiu Sen Liviu (2004), który rozpoczyna archiwalna taśma z Ceaușescu ogłaszającym wprowadzenie dekretu 770, zakazującego antykoncepcji i aborcji. Oto ciężar, który przez ponad dwadzieścia lat będzie dźwigać rumuńskie społeczeństwo, ciężar, który będzie niszczył rodziny i relacje międzyludzkie, ciężar strachu, poczucia winy i nieufności.

„Wszystko szło dobrze – snuje narrację Liviu, główny bohater. – Matka pracowała w fabryce odzieży. Kiedy obserwowała nici, przypominała sobie o owcach, które komuniści ukradli jej ojcu. Raz na jakiś czas mściła się, niszcząc maszyny. Ojciec marzył o tym, żeby zostać kierowcą lokomotywy, ale lokomotyw było mało, a łapówek dużo. Ledwo znalazł robotę jako kierowca ciężarówki. Wkrótce zaczął zajeżdżać na budowy i kraść wszystko, co się dało, od cementu po gwoździe”.

Liviu jest synem dwójki sfrustrowanych ludzi, którym komunizm odebrał marzenia, a kapitalizm nadzieję. Jako młody człowiek bierze szemrane zlecenia i za wszelką cenę broni się przed wejściem w dorosłość. Kiedy jego dziewczyna zachodzi w ciążę, próbuje zmusić ją do aborcji, tak jak kiedyś jego ojciec zmusił do aborcji matkę.

O piekle podziemia aborcyjnego opowiada Cristian Mungiu w najsłynniejszym filmie rumuńskim po 1989 roku, dramacie 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni (2007), nagrodzonym Złotą Palmą w Cannes. Mungiu skupia się na detalach, przedstawiając banalność zła powszedniego. Nie ma tu śladu nostalgii, którą przesiąknięty jest film Tak spędziłem koniec świata, choć, podobnie jak Mitulescu, Mungiu pokazuje siłę więzi międzyludzkich i solidarności, dzięki której można oszukać system.

Główna bohaterka, Otilia, decyduje się pomóc przyjaciółce w zorganizowaniu aborcji. Czeka ją droga przez mękę, pośród ludzi, którzy nie załatwią niczego bez łapówki. Oto rzeczywistość dezodorantów z przemytu, paczek kentów kładzionych bez słowa na ladę, nędzy, szantażu, gwałtów i upokorzeń. Degeneracja obejmuje wszystkie relacje. Oto świat, w którym dzieci nie powinny się rodzić.

Paradoksalnie Mungiu jest także autorem scenariuszy do cyklu pełnych humoru nowel filmowych Opowieści ze Złotego Wieku (2009), które w krzywym zwierciadle pokazują drugą twarz rumuńskiego komunizmu. Wykorzystując miejskie legendy, Mungiu szkicuje obraz społeczeństwa ludzi przebiegłych, lecz poczciwych, tworzących konspiracyjną siatkę pomocy. Świetnie obrazuje to nowelka o rodzinie z blokowiska w Bukareszcie, która na święta zostaje uszczęśliwiona żywą świnią. Najmłodszy w rodzinie wpada na pomysł, żeby świnię zagazować, co kończy się wielką eksplozją.

W obu producjach Mungiu pokazuje wyraźny podział na to, co prywatne, i na to, co publiczne. Reżim trzymał Rumunów żelazną ręką, a jednak nawet wówczas możliwy był bunt, opór i kombinowanie, choćby objawiały się one tylko wysadzeniem świni.

Śmierć Ojca Narodu

Nie ma w rumuńskich filmach liftingów bohaterskich lic, patriotycznej katarakty ani usprawiedliwień. Nie ma patosu i symboliki, którymi przepełnione były komunistyczne produkcje. Jest natomiast widok odbijający się w lustrze albo w krzywym zwierciadle. Reżyserzy pokazują komunistyczny absurd, uciekając w groteskę, a jednocześnie potrafią uchwycić grozę, przedstawiając przeszłość w sposób hiperrealistyczny.

W tej potrzebie nicowania pamięci wydają się jednak odosobnieni na tle rumuńskiego społeczeństwa. Mimo sukcesów za granicą większość filmów rozliczeniowych miała znikomą widownię. Tak jak Pintilie był w latach siedemdziesiątych wygnańcem z komunistycznej rzeczywistości, tak dziś młodzi reżyserzy zostali wygnani ze świadomości zwykłych obywateli. Od wydarzeń grudniowych minęły dwadzieścia cztery lata, ale Rumuni wciąż mają przed oczami najbardziej brutalną scenę rumuńskiego kina – zapis egzekucji Ojca Narodu, Nicolae Ceaușescu. Być może dlatego tak niechętnie Rumuni robią remanenty w zbiorowej pamięci i nie oglądają filmów, które mogłyby im przypomnieć wypartą przeszłość.

O autorach

Małgorzata Rejmer

Doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Jest laureatką głównej nagrody Planete Doc Review za reportaż pisany (2008). W 2009 r. wydała debiutancką powieść Toksymia nominowaną do Nagrody Literackiej Gdynia i nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek. We wrześniu ukazała się jej książka Bukareszt. Krew i kurz (Wołowiec, 2013).

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Copyright © Herito 2020