Finis Saxoniae i sztuka powrotu

Finis Saxoniae i sztuka powrotu

Publikacja: 15 października 2021

TAGI DO ARTYKUŁU

DO LISTY ARTYKUŁÓW

Moim rodzicom i dziadkom

 Miorityczna przestrzeń piękna[1]

Podpisana w 1943 roku umowa państwowa między Bukaresztem a Berlinem dała początek obowiązkowej (choć nazywanej „dobrowolną”) rekrutacji rumuńskich Niemców do SS, „obcej” armii. Rzecz jasna, zaciągali się oni ochoczo, wielu z nich z entuzjazmem. Było to katastrofalne w skutkach pogwałcenie własnej tradycji i stało się przyczyną upadku niemieckiej wspólnoty, zresztą przy wydatnym współudziale państwa rumuńskiego. Ostateczny cios wspólnocie Sasów siedmiogrodzkich[2] przyniósł rok 1990. Wtedy bowiem podjęli oni masową emigrację do Niemiec, pozostawiając około dwustu pięćdziesięciu miejscowości doszczętnie wyludnionych.

Peter Jacobi, siedmiogrodzki rzeźbiarz, zdołał oddać tę pozostałą po nich wibrującą pustkę w albumie fotograficznym Pelegrin prin Transilvania. Książka zawiera fotografie ukazujące wstrząsający obraz opuszczonych, zdewastowanych wiosek, kościołów, warowni, pól i ruin, poruszające zarówno serce, jak i oko.

Takie nazwy, jak Abtsdorf, Wölz, Kerz, Arkeden, Draas, Halvelagen do dzisiaj wywołują, również we mnie, odległe wspomnienia. Kreisch, Wolkendorf, Klosdorf, Jakobsdorf, Hamruden, Wurmloch, Denndorf – to tam pracowałem kiedyś jako wiejski nauczyciel. Mógłbym wymienić jeszcze z dwieście nazw miejscowości, choćby Pruden, gdzie urodził się mój dziadek, Hetzeldorf…

Niedola Sasów siedmiogrodzich rozpoczęła się gwałtownie, po roku 1867 – względnie 1876 – wraz z nałożeniem na wspólnotę statusu mniejszości narodowej i zniesieniem przez Węgrów „fundus regius”, czyli prawa do ziemi. Przez tę stratę Sasi popadli w kompleksy, mieli poczucie niższości i historycznego niebytu, znaleźli się na skraju przepaści. To wtedy pojawiły się zalążki tendencji integracyjnych, późniejszych dążeń do przyłączenia się do Rzeszy w nadziei na pozyskanie własnej ziemi. Można przypuszczać, że ten szowinistyczny entuzjazm rumuńskich Niemców wobec Rzeszy Niemieckiej narodził się już w 1871 roku, wraz z jej powołaniem do życia. Dotychczas Sasi siedmiogrodzcy byli chronieni statusem „narodu”, Niemcy niemal ich nie obchodziły: mieli własną administrację, saski sejm (Sächsische Nationsuniversität) i grafa jako przywódcę, własnych sędziów, mianowanych przez wspólnotę, prawa miejskie, a także szkoły w każdej, nawet najmniejszej wiosce (jako pierwsi w Europie wprowadzili oni powszechny obowiązek nauczania). Rumuńska większość nie należała do tej „Unio Trium Nationum”[3], nie partycypowała w siedmiogrodzkim parlamencie, nie miała żadnych praw.

Historia Sasów siedmiogrodzkich zawsze była, siłą rzeczy, wojną obronną przeciwko upływowi czasu. Tak było nawet w nieszczęsnych latach 1940–1944, kiedy rumuńscy Niemcy z Sasami siedmiogrodzkimi na czele zostali politycznie przyłączeni do nazistowskich Niemiec. Można to interpretować jako próbę ratowania się (ale zgubne konsekwencje integracji z Rzeszą ich nie ominęły).

Rzesza stała się dla rumuńskich Niemców moralnym punktem odniesienia. Niosła bowiem w sobie zarówno narodowe ideały, jak i trucizny. Tak się działo od czasów wilhelmińskich przez okres rządów Hitlera po katastrofę II wojny światowej. Ta ostatnia zresztą okazała się ich końcem.

România Mare

Wielkim ciosem dla Sasów siedmiogrodzkich i wszystkich rumuńskich Niemców była I wojna światowa i klęska państw centralnych – Austro-Węgier i Niemiec. Królestwo Rumunii znalazło się po przeciwnej stronie – wśród zwycięzców[4]. Wskutek nacisków Francji i Wielkiej Brytanii zostały spełnione obietnice udzielone na początku wojny. Na mocy zawartego w 1920 roku traktatu w Trianon Besarabia, północna Bukowina, Siedmiogród i część Dobrudży zostały przyznane Rumunii, powiększając o połowę jej powierzchnię, a liczbę ludności – o ponad jedną czwartą. Powstał w ten sposób wielonarodowościowy kraj, z dziewiętnastoma mniejszościami narodowymi – România Mare, Wielka Rumunia. Jednak Rumunia nie miała dotychczas żadnych doświadczeń z mniejszościami. Co więcej, jej system państwowy opierał się na francuskim wzorcu państwa unitarnego jednego narodu. Fakt ten wywarł oczywiście niekorzystny wpływ na sytuację mniejszości. Dotyczyło to przede wszystkim Sasów i Węgrów, którzy nagle stali się obywatelami obcego, dotąd wrogiego państwa, oraz Rumunów siedmiogrodzkich, weteranów, którzy w szeregach cesarsko-królewskiej armii niedawno musieli walczyć przeciw własnym rodakom.

Cofnijmy się nieco w czasie. 1 grudnia 1918 roku okazał się dla Niemców wielkim rozczarowaniem. Ich początkowy optymizm i nadzieja, że nowe państwo rumuńskie, czerpiąc z doświadczeń węgierskiego sąsiada, stosującego metody ucisku, obejdzie się z niemiecką mniejszością życzliwie i okaże zrozumienie wobec ich szczególnego statusu, legły w gruzach. Na fali tej nadziei w listopadzie 1919 roku, podczas czwartego zebrania parlamentu saskiego w Schässburgu[5], przedłożono Rumunii warunki. Żaden z nich nie został spełniony. Na terenach saskiego Siedmiogrodu nie istniały wprawdzie wielkie posiadłości ziemskie, ale wywłaszczona została „ziemia wspólnoty”, pochodząca z niegdysiejszych „królewskich gruntów”, podstawa funkcjonowania małych gospodarstw rolnych. Również kościół stracił ponad połowę własności ziemskich, stanowiących finansowe fundamenty kultury, a zwłaszcza szkolnictwa. Z tego powodu znacznie podwyższono wysokość podatku kościelnego. Nie tylko spora liczba ludności, lecz przede wszystkim banki saskie dotkliwie odczuły skutki „konwersji długu” (określenie przeklęte w naszej rodzinie), opartej na niekorzystnym kursie przeliczania koron na leje. Efektem było zubożenie, któremu nie mogły zaradzić nawet banki, często oddające na cele społeczne dziesięć procent swoich przychodów. Ta sytuacja ciężko dotknęła zasobną dotąd gospodarkę saską. W rezultacie doprowadziło to do głębokiego niezadowolenia ludności, obejmującego także czołowe kręgi konserwatywne i kościelne, których przedstawiciele podpisali wcześniej umowę w sprawie zjednoczenia z Rumunią. Powstały „ruch niezadowolonych” oraz „samopomoc” rotmistrza Fritza Fabritiusa, początkowo o charakterze ekonomicznym, domagające się między innymi korzystnych kredytów czy budowy domów, stopniowo meandrujące jednak w kierunku narodowosocjalistycznym. Już w 1922 roku Sasi siedmiogrodzcy poparli pucz Hitlera. Zwalniano z miejsc pracy urzędników nierumuńskiego pochodzenia, zatrudniając na ich miejsce wyłącznie Rumunów. Szowinistyczne nastroje przybierały na sile. Na stanowiska urzędowe przyjmowano osoby ze starego królestwa, zupełnie niewrażliwych na sytuację mniejszości narodowych. Nie podobało się to nawet siedmiogrodzkim Rumunom.

Główna przyczyna: nazizm

Większość Sasów wypiera ze świadomości przyczynę upadku swojego ludu. Jego koniec, rozgrywający się na naszych oczach, koniec historyczny, nieodwracalny i drastyczny, będący skutkiem rosnącego od 1940 roku oczarowania Rzeszą (pod silnym wpływem elity politycznej i licznie rekrutowanych w szeregi SS wojskowych), jest niezprzeczalny, ma znamiona zdrady własnego kraju i wykracza poza wszelkie dotychczasowe tradycje. Większość rumuńskich Niemców nie przyjmuje jednak do wiadomości faktu, że część winy za radykalne zerwanie z tradycją spada właśnie na nich. Roland Albert, były oficer SS, jeden z głównych bohaterów mojej powieści dokumentalnej Capesius – aptekarz oświęcimski[6], mówi na kartach książki: „W latach czterdziestych zostaliśmy przemieleni przez żarna historii, lecz nikomu nie można przypisać winy, nawet naszym przywódcom politycznym”. Tych przywódców stanowiła grupa prostaków skupionych wokół Volksgruppenführera Andreasa Schmidta, zięcia Gottloba Bergera, oficera SS w generalskiej randze Obergruppenführera, którego jednym z zadań był werbunek do SS. To Schmidt ponosi współodpowiedzialność za podpisanie w 1943 roku fatalnej umowy między Bukaresztem a Berlinem, stanowiącej między innymi o tym, że niemal wszyscy Rumunii niemieckiego pochodzenia, podlegający obowiązkowi służby wojskowej, są automatycznie wcielani do obcej armii, w jednostki SS. Wielu z nich służyło później w obozach koncentracyjnych. Taki los spotkał również Victora Capesiusa, rumuńskiego kapitana, przymusowo zrekrutowanego do SS i nominowanego na aptekarza obozu w Auschwitz. Mówi on: „Nie byliśmy nazistami, jak zawsze działaliśmy bona fide, jako Niemcy. A tragedia naszego małego ludu jest częścią upadku, jaki przyszło w tych czasach przeżyć całemu narodowi niemieckiemu […]”.

Tak oto przeplata się prawdę z kłamstwem, tworząc jedną wielką papkę i odżegnując się od wszelkiej odpowiedzialności!

W celu analizy tych wewnętrznych „pól czasu” posłużę się tekstami ze wspomnianej powieści o „aptekarzu z Auschwitz” oraz z książki Vaterlandstage und die Kunst des Verschwindens[7] (Dni ojczyźniane i sztuka znikania). Ta druga to jedynie ułamek z sześciu tysięcy stron materiału zarchiwizowanego w teczkach. Jej narrator, skazany przez komunistyczny sąd, nie może wrócić do rodzinnego miasta S. w Siedmiogrodzie. Posyła tam w swoim zastępstwie Michaela T., głównego bohatera powieści.

Wśród materiałów o „aptekarzu z Auschwitz” i o „dniach ojczyźnianych” – a także w trzeciej części trylogii, powieści Transsylwahnien[8] (tytuł nieprzypadkowy[9]!) – znajdują się całe stosy listów z tego okresu, protokoły z rozmów z członkami mojej rumuńsko-niemieckiej rodziny z lat 1976–1985, w tym z oficerami SS oraz z aptekarzem z Auschwitz, dr. Victorem Capesiusem, byłym farmaceutą w aptece „Zur Krone” (Pod Koroną) w moim rodzinnym mieście Schässburg w Siedmiogrodzie.

Zasadniczym tematem książki Vaterlandstage…, a także powieści Capesius – aptekarz oświęcimski jest kwestia winy.

To naturalne, że doświadczenia i konkluzje tej niewielkiej grupy rumuńskich Niemców, wplątanych w zbrodnie i będącą ich rezultatem apokalipsę, nie tylko przerosły, lecz także wstrząsnęły posadami ich systemu obronnego, opartego na taktyce wyparcia.

Nigdy nie powzięli oni rozstrzygających decyzji, które zmusiłyby ich choćby do emigracji. W zamian za to postrzegali się jako ofiary dyktatury, i to czerwonej, nigdy obu systemów – o poczuciu winy nawet nie wspominając.

Chciałbym wspomnieć o tekście „Die Neue Schuldlosigkeit”[10] (Nowa niewinność) Joachima Wittstocka, pisarza i krytyka z Hermannstadt[11]. Po dogłębnej analizie autor dochodzi do wniosku, że rumuńsko-niemieccy pisarze mają – w kontekście obu dyktatur – problem z „uświadomionym poczuciem winy”. Dotyczy to, oczywiście, całej wspólnoty rumuńskich Niemców. To wyparte poczucie winy jest tematem moich badań oraz książki Vaterlandstage... Wittstock mówi jeszcze o „trzeciej winie” – o poczuciu zupełnej niewinności.

Chodzi tu o sasko-siedmiogrodzką świadomość, ograniczoną czasowo do lat 1976–1985, z przebiciami z lat 1940–1944, które kazały rumuńskim Niemcom uważać się za całkowicie zglajchszaltowanych z systemami szkolnym, kulturalnym, kościelnym i społecznym nazistowskiej Rzeszy, tworząc tym samym jej „idealną”, potężną i butną enklawę w państwie marszałka Antonescu. Od lat 1940–1944 historia rumuńskich Niemców stanowi nierozerwalną część historii Trzeciej Rzeszy, ze wszystkimi historycznymi, moralnie negatywnymi, oraz współczesnymi, praktycznymi tego konsekwencjami.

Opowieści o wielkim „czasie narodu” (w znaczeniu średniowiecznej definicji „ludu”) były jak baśń, jak wciąż jeszcze oddziałujące na świadomość marzenie. Trudno się więc dziwić, że „ludowe” hasła i nazistowskie slogany o bohaterstwie działały jak zaklęcia. „Byliśmy zawsze zwarci”, „mieliśmy niemieckie serca”, mówili moi rozmówcy. Ja zaś, zagadując o „to”, „nie miałem niemieckiego serca”, „grzebałem w paskudnych sprawach”. Czasami mówili mi też o „braku instynktu” lub zgoła o „zdradzie”. Wiara w „lud” i uważanie się za jego część, unikanie „brukania wielkiej przeszłości” były najważniejsze. Łączyło się to z najistotniejszym instrumentem wspierającym wyparcie, mianowicie z elementem estetycznym, czyli z tak zwanymi pięknem, szlachetnością, wyżynami i duchowością, całkowicie oderwanymi od rzeczywistości i historii. To „piękno” pozwalało zapomnieć o „szarym dniu”, miało „uwznioślać”. Mówiono głównie o „uczuciu”, o tym rodzaju sentymentalizmu, który „porusza do łez”. Kulminacją tego „piękna” były tkliwe, saskie piosenki uliczne, wiejskie pieśni chórale oraz słabość do operetek w miasteczkach.

Gerhardt Csejka w eseju Der Weg zu den Rändern, der Weg der Minderheitenliteratur zu sich selbst[12] (Droga do krańców, droga literatury mniejszości narodowej do siebie samej) pisze o tym samym zjawisku: mianowicie o tym, jak „ciągle jeszcze żywa jest obezwładniająca i potężna wiara w ludowy charakter saskiej wspólnoty”, mimo iż wspólnota ta już nie istnieje. „W ten sposób literatura – pisze Csejka – asymiluje rolę właściwą postawom i zachowaniom z poprzedniej epoki – wciąż jeszcze kuśtyka za samą sobą”. Autor wyraża dalej opinię, że pisarze Wittstock, Meschendörfer i Zillich realizują „projekty” pokolenia Michaela Alberta[13], rodem z poprzedniego stulecia. Pisze też, że nawet po drastycznym, historycznym załamaniu w 1944 roku filarem trylogii Fünf Liter Zuika (Pięciolitrowa palinka) Paula Schustera (ur. 1930) jest nadal wyobrażenie o „reprezentatywnej”, realistycznej i „pozytywnej” saskiej powieści historycznej bez historii i „ludu”.

Wróćmy jednak do Sasów i ich „piękna”. Były esesman Roland Albert, w książce Vaterlandstage… występujący jako Andreas, powiedział: „Tam, gdzie inni tracili przytomność… ja byłem twardy i nieugięty… nie poruszało mnie to tak jak innych. Byłem bardziej niewzruszony niż najbardziej niewzruszeni”. I dodaje zawiłe wyjaśnienie: „No tak, ale sztuka, muzyka i przede wszystkim poezja często pomagały mi uciec, również tam…”. A zatem „piękno”? Jak gdyby było potrzebne coś innego w tej szarej rzeczywistości, tam trochę bardziej szarej niż gdzie indziej.

Andreas, Untersturmführer, porucznik i pięknoduch, udowodnił, jak bardzo kiczowaty może stać się Hölderlin, kieszonkowe wydanie jego wierszy, które czytał na strażnicy obozu koncentracyjnego. W rozmowie przeprowadzonej w 1979 roku w Innsbrucku opowiedział, jak to stale popełniał „wykroczenie na warcie”, pełniąc ją na strażnicy „z nosem zanurzonym w książce”. Zapamiętale czytał Nietschego i Hölderlina, żeby tylko „nie musieć na to patrzeć”. Był dobrym pianistą, mimo że miał okaleczone w bitwie pod Moskwą palce; niezdolny do służby na froncie, w 1942 roku został przeniesiony do Auschwitz.

W myślach powtarzał „inter arma silent Musae” – w czasie wojny milczą Muzy. „No tak – opowiadał – pełniłem wartę, a plecak miałem pełen wierszy. Ciągle popełniałem wykroczenie”.

Od 1940 roku w siedmiogrodzkim piśmie „Kirchliche Blätter” zaczęły się ukazywać interesujące wiersze. Oto przykład: „Panie Boże / chroń Führera / jego dzieło niechaj Twoim będzie / jego dzieło niechaj Twoim będzie / Panie Boże / chroń Führera”. Albo takie wersy Heinricha Zillicha, najbardziej „wartościowego” saskiego autora, napisane na cześć Hitlera: „Zesłany Niemcom od Boga […] Dobre, modre oczy, z brązu dłoń, mieczem zbrojna / niski głos, dzieciom najdroższy ojciec […]”.

Nieraz zdarzało mi się, również w Niemczech, obserwować w chwilach słabości mężczyzn tego pokolenia, ich zakłamany, nieszczery patos i fałszywe uczucia. Ten patos i kicz przenikał jednak do najbardziej krytycznych umysłów epoki, jak choćby Karla Krausa. Nawet Klaus Mann napisał powieść, Mefisto, z Gründgensem[14] jako pierwowzorem głównego bohatera. Nazizm cechowały sztuczne fasady zmyślonego świata, chełpiącego się naturalnością i szczerością, a będącego ich przeciwieństwem – świat ten, sentymentalny i łzawy, był przesycony entuzjastycznym kiczem, przejawiającym się w każdej dziedzinie życia, łącznie ze sztuką, monumentalnymi budowlami, filmem czy przemówieniami. Ten właśnie kicz, stanowiący śmiertelne niebezpieczeństwo zwłaszcza w mowie, „przelewająca się dusza ludowa” z całą masą „uczuć”, zupełnie jednak oderwany od polityki i rzeczywistości, umożliwił wojnę i dał przyzwolenie na obozy koncentracyjne, na codzienność, która przekształciła się w niewyobrażalne fabryki śmierci – wokół nich oficerowie i ich rodziny, świętując Boże Narodzenie, śpiewali niemieckie kolędy, dawali koncerty, deklamowali wiersze. Sztuka i barbarzyństwo. Hermann Broch w swoim odczycie Kilka słów o kiczu bardzo wcześnie ostrzegał o grożącym niebezpieczeństwie: „związek między nerwicą a kiczem nie jest bez znaczenia w sensie historycznym”[15]; „to nie przypadek, że Hitler (podobnie jak jego poprzednik Wilhelm II) był wielkim amatorem kiczu”[16]. Jak wiadomo, przypadłości tej ulegli także inni dyktatorzy, w tym Stalin. Według Brocha kicz jest imitacją, symulacją, wierutnym kłamstwem, udawanym uczuciem, niebezpiecznie i kusząco wywindowanym na „wysokości”. „Patrz, stoją w orszakach na ziemi połaciach / kobieta z mężczyzną w duszy płomieniach / w świętym zespoleniu…” – tak na przykład pisze Heinrich Zillich[17], zwracając się do Hiltera.

Teza, iż siedmiogrodzcy Sasi są „areligijni”, jak uważa jeden z pierwszych nazistowskich wizjonerów i kryptofaszystowskich teoteryków, niestety, potwierdza się z punktu widzenia psychologii ludów. Zgadza się także, że „pojęcie narodu”, według Alfreda Pomariusa, oddziaływało „jako namiastka religijna […] w miejsce pojęcia boga”. Pomarius zdefiniował ten „pociąg do racjonalizmu” jako „rodzaj życia religijnego”, jako „ekonomiczno-polityczną religijność”.

Estetyczne zastąpienie religijności wszelakiego rodzaju „uczuciami”, przede wszystkim najwyżej cenioną „wspólnotą”, „niemiecką duszą” oraz takimi wartościami, jak na przykład obowiązek i posłuszeństwo, nie byłoby możliwe bez Hiltera i obozów śmierci. Pamiętamy o tym, że Hilter nazwał sumienie „żydowskim wynalazkiem”.

„Drobiazgowość” i „mędrkowanie” to „żydowskie cechy”. Moi sascy rozmówcy zarzucali mi „negatywność”. Cytuję: „To smutne… już tego nie czujesz. – Właśnie, że czuję… ale nie akceptuję tej części siebie samego… – Nie akceptujesz jej… ale to… twoja lepsza część… Nie masz w sobie niemieckiego serca”.

Zbyt obcesowe traktowanie tych „uczuć” spotyka się z wielką irytacją; jak gdyby były one religią i przez to święte.

W psychiatrii mówi się o „granicy między stanami”, obszarach między jawą a snem, z którymi jest związane zapominanie, na przykład snów. Granice te odnoszą się jednak również do poczucia czasu i nastrojów. Moi rozmówcy twierdzili, że nigdy nie słyszeli o „Auschwitz”. Słowo „Auschwitz” ma dziś już inne niż wtedy znaczenie. Nie kłamali.

Na pytanie o to, czy jednostka jest w ogóle w stanie oprzeć się wpływowi czasów, odpowiedziałem sobie, z własnego doświadczenia, przecząco. W czasie wywiadów powiedziałem: „Być może też zostałbym strażnikiem w obozie, nie wiem. Być może”. Na co moi rozmówcy odpowiedzieli: „Być może?! Być może?! Z pewnością!”.

Czas czerwonej dyktatury

23 sierpnia 1944 roku. Promienie porannego słońca przebijały się przez gałęzie orzechowca. Z dala dobiegał dźwięk dzwonów. Wysoki jak tyczka mleczarz, metalowo postukujące bańki na mleko. Stanął obok nas i powiedział: „Stiţi doamnã – vin rușii”. „Kurt!”, krzyknęła przestraszona matka, „Ruscy idą!”. Nagły zwrot. Czas się zatrzymał… Wszystkie plany diabli wzięli. Wszystko diabli wzięli, choć nic się nie zmieniło.

To nie było „wyzwolenie”, lecz „klęska”, bowiem Sasi, rumuńscy Niemcy znajdowali się przecież po „drugiej stronie”. Trzeba pamiętać, że do maja 1945 roku mężczyźni walczyli w oddziałach SS i Wehrmachtu, częściowo obsadzali stanowiska w obozach. Uważani za „hitlerowców”, w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach stanowili jednak „grupę narodową” („grupul etnic german”). Dotychczasowi sprawcy zamienili się w kolektywną ofiarę. 23 sierpnia pozbawił ich wszelkich praw. W styczniu („czarna niedziela”) w rejony Donieckiego Zagłębia Węglowego wywieziono na roboty około trzydziestu tysięcy osób (mężczyzn w wieku od osiemnastu do czterdziestu pięciu lat, kobiet – od osiemnastu do trzydziestu pięciu lat). Akcja ta, przeprowadzona na żądanie Sowietów, spotkała się z protestem (bezskutecznym) rządu rumuńskiego, próbującego za pomocą aliantów powstrzymać deportację rumuńskich obywateli.

Moja ciotka Friederike opowiedziała mi, że wśród deportowanych był także wujek Georg. Dostał rozkaz od rosyjskiego komendanta miasta: stawić się. W ten sam sposób – na rozkaz komendanta miasta – Niemcy wzywali niegdyś żydów. Wuj Georg odpowiedział na to: „Dobrze, już dobrze, idę. Niech Bóg ma cię w swojej opiece, kochana, ciebie i dzieci! Niedługo wrócę, jestem przecież zdrowy”. Wziął ze stołu plecak, starannie go zawiązał, podszedł do drzwi, wyszedł na korytarz. I już nigdy więcej nie wrócił.

Niektórzy się ukryli, tak jak mój ojciec, inni zmienili nazwisko, pobierali się z miejscowymi, jak porucznik Popescu, który ożenił się z Gret. Do dzisiaj dostaje ona po nim rumuńską emeryturę oficerską, chociaż od lat mieszka w zachodnich Niemczech, w „nowej ojczyźnie”.

Ustawa o statusie mniejszościowym, ustanowiona w pierwszych dniach lutego, początkowo nie objęła rumuńskich Niemców; zostali pozbawieni nie tylko prawa do uczestniczenia w wyborach, ale także obywatelstwa rumuńskiego. Większość została zwolniona z pracy. Odebrano im nawet budynki szkolne. Przydzielano ich do prac przymusowych, poddawano prześladowaniom, ale ich nie wysiedlono, jak to się stało w Jugosławii, Polsce i Czechosłowacji. Rumuńskich Niemców ceniono jako inteligentną i solidną siłę roboczą.

Mój ojciec i wuj siedzieli w domu, podejmowali się fizycznych prac, wykopywali trawę z boiska, wyrabiali ręcznej roboty zabawki, kobiety robiły na drutach, a ja, jako trzynastolatek, musiałem pomagać dorosłym, na przykład obtłukiwać kamień z kotłów w fabryce skóry, plewić grządki.

23 marca, na mocy nowej ustawy rolniczej, większość niemieckich rolników została wysiedlona ze swoich domów, gospodarstw i ziemi. Podobny los spotkał mieszkańców miast. Uwłaszczono niemieckie przedsiębiorstwa. Oszczędzono jedynie te osoby, które po 1944 roku walczyły w szeregach rumuńskiej armii. Zniszczono wszystko, co mogło tworzyć podstawy wspólnoty – szkoły, instytucje, własność. Staliśmy się obcy we własnej ojczyźnie. 30 grudnia 1947 roku utworzono „republikę ludową”, król został zmuszony do abdykacji. Rozpoczął się okres stalinowskiej sowietyzacji, co oznaczało, że rumuńscy Niemcy byli traktowani na równi z innymi: szykanowano ich już nie jako Niemców, lecz jako klasę. 11 czerwca 1948 roku nastąpiła „nacjonalizacja” wszelkiej własności. 9 sierpnia upaństwowiono szkoły, ostały się jedynie niemieckie szkoły kościelne. W 1950 roku nastąpiła kolejna faza wywłaszczania z budynków mieszkalnych.

Spadał na nas cios za ciosem. Wciąż jeszcze dobrze to pamiętam: jak co dzień, około dziewiętnastej dziadek S. i ojciec wrócili do domu z pracy w naszym zakładzie A.V. Hausenblasz. Zabrali dziadkowi ten zakład.

Od tego czasu życie w nim gasło, dręczył się, zamartwiał. Ojciec opowiadał: „Dzieło jego życia zostało zrujnowane, nie potrafił tego przeboleć. Najpierw była ta historia ze spółką komandytową: przekształcił firmę, zmienił nazwę na Zakład Elegant, wszedł w spółkę z rumuńskimi i żydowskimi partnerami, żeby w ten sposób przeżyć trudny okres. Ale to też okazało się fiaskiem. Niedługo po tym, powoli, systematycznie dokonano wywłaszczenia. Tego przecież chcieli. Tego właśnie chcieli. Najchętniej by nas wytrzebili. A nasi młodzi jeszcze w Rosji. Wszystko skończone. Praca całego życia. A on wyszedł ze straszliwej biedy, dopracował się. A teraz? Wszystko się skończyło, wszystko na darmo…”.

„Był początek lata, piękny, bezchmurny czerwiec 1948 roku. Pewnego dnia rozeszła się straszna plotka. Przyszła do nas pani Flechtenmacher”, opowiada moja matka, „i powiedziała, że wszystko nam zabiorą…”.

Czy wtedy przejrzeli na oczy? Czy to był ten upadek z nieba, o którym mówił wielki Adolf? Upadek, którego można było bohatersko uniknąć, wysyłając przeciwników w zaświaty?

Pamiętam, jak pewnego dnia ojciec wrócił do domu i powiedział zdenerwowanym głosem: „Musimy się natychmiast pakować. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin dom ma być pusty. Wywłaszczają. Ma się tutaj wprowadzić służba bezpieczeństwa”. Kiedy usunęliśmy z pokoi wszystkie meble, zasłony, dywany, dom zaczął odbijać puste dźwięki. Odgłos kroków przetaczał się echem, a odgłosy rozmów przebijały się jakby z wielkiej oddali.

Pisanie jako życie po śmierci

Literatura rumuńsko-niemiecka podejmuje temat końca. Sukces zapewnia jej patos pożegnania, „łabędzi śpiew” po historycznym upadku. Język odnotowuje stany, którym sam ulega: „Wysokie niebo jak pępek nicości, / maszyna do pisania martwa, a spokój / doskonały”. To wersy pióra Franza Hodjaka, eksperta od spraw pożegnań.

Moje własne teksty i doświadczenia z ostatnich podróży „do domu” unaoczniają mi, chcąc nie chcąc, że nowa, chaotyczna rzeczywistość po roku 1989, zadomowiona w miastach i wsiach, jest jedynie odzwierciedleniem wewnętrznego stanu, w niebezpieczny sposób otwierającego stare rany. To, co zapomniane z całą mocą wydobywa się na światło dzienne. Rzeczywistość, jak déjà vu, schizofrenicznie miesza się z zapomnianymi obrazami i przyprawiającymi o mdłości i zawroty głowy strzępkami snów. Czy to zemsta zapomnianej „ojczyzny”? Niebezpiecznie zaciera się granica między rzeczywistością a halucynacją.

Dyktatura sprawiła, że „»dom« przestał być »miejscem«”, jak napisała Herta Müller w swojej książce Barfüßiger Februar (Bosonogi styczeń). Christa Wolf pisała o NRD jako o miejscu, które nie istnieje, nigdzie. Zaprzepaszczone, zmarnowane życie. Organy bezpieczeństwa Securitate i Stasi stworzyły sytuację permanentnego stanu wyjątkowego, irracjonalnej rzeczywistości; tam, gdzie zniszczono wszelkie formy publicznego życia, powstała – wbrew państwowej służbie bezpieczeństwa i cenzurze – wspólnota połączona solidarnością strachu. U Herty Müller emigracja uwalnia dotychczas „stojący czas”. Rewolucja roku 1989 czyni to w jeszcze bardziej radykalny sposób. „Stojący czas”, miraże przestrzeni. Jak gdyby rzeczywistość została wymyślona przez oszalałego poetę, jak gdyby była plagiatem, oszustwem.

W swojej powieści Ausreiseantrag (Wniosek emigracyjny) Richard Wagner tak pisze o kłamstwie, sztucznej rzeczywistości zatrzymanego czasu: „Widział goździki, które do złudzenia przypominały goździki… Widział kawiarnie, do złudzenia podobne do kawiarni. Dzisiaj nie ma kawy. Przeglądał gazety, do złudzenia podobne do gazet. Wiadomości sportowe, tylko im można wierzyć, wszystko inne to oszustwo, kłamstwo”.

To wszystko ciągle od nowa uzmysławia, że chodzi o odroczony, sztucznie zatrzymany czas.

Przełomowe doświadczenie zagęszcza się w tej małej literaturze do postaci epokowych prawd: zdemaskowane zostają iluzje przestrzeni, czasu i logiki języka. I choć zachodnim czytelnikom trudno jest zrozumieć ten stan świadomości, to dotyczny ich w równej mierze i warunkuje w ten sposób nową estetykę paradoksalnej logiki.

Przeniesienie świata w delikatną sieć języka, którego dokonują Hensel, Werner Sölnner i przede wszystkim Oskar Pastior, pokazuje, że zjawiska ekstremalne, mimo paradoksalności, do siebie pasują. U Pastiora dokonuje się to przez wariacje dźwiękowe tego, co „pomiędzy”, przez niezwykłą różnorodność skojarzeń. Uwalnianie języka inspiruje czytelnika, który zostaje „słowemnawskrośodnowiony”, nawet jeśli Pastior przypisuje językowi formy czysto matematyczne, jak w tomie wierszy-palindromów Kopfnuß, Januskopf[18] (1990).

Język jako ostatnia ojczyzna, ojczyzna w umyśle. Również w tomie mojego autorstwa Aufbäumen (Sprzeciw, 1990) w wierszu Rewohlt rzecz dotyczy podwójnego znaczenia słowa „wypędzony”: „Co byłoby jeszcze / nie ma szyi / już do góry: szubienica jest / piórkiem”. A jednak, dzięki językowi, nie wszystko zostało zmarnowane: „Coś się skończyło, nienazywalne / między językiem a śmiercią, on jednak / leci, inaczej byłby przecież kurzem, ponad wszystkim. // A oni mówią, że przeżyłeś”.

Autorzy umierają zmrożeni zachodnią oziębłością. Trzech autorów popełniło samobójstwo, dwóch jeszcze w ojczyźnie – Georg Hoprich, Roland Kirsch, trzeci – Rolf Bossert – targnął się na życie tuż po przyjeździe do Frankfurtu. „A ty co, szczęściarzu / myślałeś, że życie się jeszcze zacznie? Nic nie jest niewłaściwe, / oddycham szkłem. Jabłko z betonu w trawie. Niech diabli wezmą język”. To moje wersy, napisane po śmierci Bosserta.

Dyktatura zostrzyła delikatność i wrażliwość językową w jej najsubtelniejszych obszarach, sprawowała nadzór nad pisarzami, cenzurowała, prześladowała, otwierała przepaście absurdu i wyczulała zmysły autorów na to, co absurdalne.

Do tego należy dodać upadek języka oraz logikę prowadzącą do absurdu. Dyktatura sprawowała nieustanną kontrolę nad językiem, jego zagrożenie było poważne, dotykalne. Ludzie żyjący pod dyktando sloganów i fraz odczuwają wstręt wobec jednoznaczności i hasłowości. Jest to wstręt fizyczny, który u ludzi pióra wzmaga się i prowadzi do odrzucenia wszystkiego, co ma czysto rzeczywisty charakter. Jak u Oskara Pastiora.

Próżnia nieobecności, „bezgłowe poduszki na pocałunkach bez ust”. To, co podczas zimnej wojny wymuszono na Wschodzie siłą, na Zachodzie było przeciwstawiane systemowi bez jakichkolwiek nacisków. „Nie wszystko jest w porządku, ale OK”, jak pisze Werner Söllner w swoim niesamowicie przejmującym monologu (Monolog), zaczynającym się od słów: „zdaje się, że umarłem”.

Z niemieckiego przełożyła Barbara Andrunik

***

[1] Nazwa wywiedziona z ballady ludowej Miorița (Owieczka), najsłynniejszego i najwspanialszego dzieła rumuńskiej liryki pasterskiej. Odnosząc się do przestrzeni duchowej, w jakiej rozgrywa się dramat będący treścią ballady, Lucian Blaga (1895–1961), Siedmiogrodzianin, poeta, filozof i eseista, ukuł termin „przestrzeń miorityczna” do opisania krajobrazu jako matrycy przestrzennej i duchowej dla żyjących w nim ludzi. U Blagi jest to „wysoka i niepochwytnie sfalowana przestrzeń” zespolona z duchowością „rozpiętą między wytłumionym fatalizmem a ufnością”. Przestrzeń miorityczna to jedna z kluczowych kategorii opisu specyficznej duchowości rumuńskiej, ale mówi ona także o „spójni duszy i przestrzeni”, co jest zapewne dodatkową istotną przesłanką, dla której powołuje się na nią Dieter Schlesak.

[4] Królewstwo Rumunii – nazwa państwa rumuńskiego w latach 1881–1947. Tu w znaczeniu tzw. Starego Królestwa, inaczej zwanego też Regatem, które tworzyły Mołdawia i Wołoszczyzna (przyp. red.).

[5] Schäßburg (niem.) – rum. Sighișoara, węg. Segesvár.

[6] Dieter Schlesak, Capesius, der Auschwitzapotheker, Bonn 2006; wyd. pol. Capesius – aptekarz oświęcimski, tłum. Renata Darda-Staab, Kraków 2009.

[7] D. Schlesak, Vaterlandstage und die Kunst des Verschwindens, Zürich 1986.

[8] D. Schlesak, Transsylwahnien. Roman [eBook], [b.m.] 2009.

[9] Gra słów: Wahn – niem. szaleństwo, obłęd (przyp. tłum.).

[10] Joachim Wittstock, „Die Neue Schuldlosigkeit” [manuskrypt], 1990.

[11] Hermannstadt (niem.) – Sybin (rum. Sibiu).

[12] Gerhardt Csejka, Der Weg zu den Rändern, der Weg der Minderheitenliteratur zu sich selbst, w: „Neue Lieratur” 1990, zeszyt 7/8.

[13] Michael Albert – amerykański ekonomista i działacz alterglobalistyczny, jeden z twórców koncepcji ekonomi uczestniczącej (przyp. red.).

[14] Gustaf Gründgens (1899–1963) – najpopularniejszy niemiecki aktor okresu Trzeciej Rzeszy (przyp. red.).

[15] Hermann Broch, Kilka uwag o kiczu (odczyt), przeł. Danuta Borkowska, w: idem, Kilka uwag o kiczu i inne eseje, Warszawa 1998, s. 116.

[16] Ibidem.

[17] Heinrich Zillich (1898–1988) – Sas urodzony w Braszowie, piszarz, jeden z wybitnych przedstawicieli tzw. literatury rumuńsko-niemieckiej (przyp. red.).

[18] Gra słów: Kopfnuss – 1. puknięcie, uderzenie w głowę; 2. łamigłówka; Januskopf – głowa Janusa (przyp. tłum.).

O autorach

Dieter Schlesak

Niemiecki pisarz, tłumacz, autor powieści, esejów i słuchowisk radiowych, poeta. Urodził się w Schässburgu (rum. Sighișoara) na terenie Transylwanii w Rumunii. Początkowo pracował jako nauczyciel, później został redaktorem naczelnym magazynu „Neue Literatur”. Od 1973 r. mieszka na przemian w Stuttgarcie i Camaiore we Włoszech.

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Copyright © Herito 2020