Azja nie istnieje – prowokował nas przed kilkoma laty profesor Tokimasa Sekiguchi, i przekonywał, iż termin taki jest zbyteczny a posługiwanie się nim – szkodliwe, jako że upraszcza, spłyca i deformuje obraz świata, a co za tym idzie uniemożliwia nam wnikanie w realne topografie nader różnorodnych kultur i cywilizacji. Odbiera możliwość poznania w sposób niestronniczy, nieskażony uprzedzeniami czy apriorycznymi oczekiwaniami. Więcej, powoduje nieuchronnie i, co gorsza, niezauważalnie wypaczenie naszego widzenia świata. Idąc śladem tej prowokacji, postanowiliśmy zapytać profesora Sekiguchiego, jak z japońskiej perspektywy prezentuje się nasz kontynent, zwłaszcza zaś Europa Środkowa.

Łukasz Galusek: Z zaskoczeniem przeczytałem w jednej z pana wypowiedzi, że najpopularniejszym produktem nabiałowym w Japonii jest bułgarski jogurt, i że to nieprawda, że Japończycy kochają Chopina. Ciekaw więc jestem, co w Japonii sądzi się o Europie Środkowej, o ile w ogóle istnieje jakieś jej wyobrażenie?

Tokimasa Sekiguchi: Nie śledzę tego specjalnie i nie badam, więc to, co powiem jest jedynie luźną refleksją, obserwacją subiektywną. Termin Środkowa Europa istnieje w języku japońskim, ale jego natężenie, że tak powiem, nie jest silne, poza tym współistnieje z terminem Europa Wschodnia.

Ł.G.: Rozumianym politycznie czy geograficznie?

T.S.: Przed drugą wojną światową nie mówiło się w Japonii wcale o krajach Europy Wschodniej. Ale później określenie to oznaczało przede wszystkim różnicę ustrojową i przez pięćdziesiąt lat takie rozumienie dosyć się utrwaliło. Nazywam to metonimizacją terminów geograficznych: Zachód, Wschód w sensie politycznym. Ostatnio jednak funkcjonuje coraz słabiej, co powinno Polaków cieszyć. I w moim odczuciu, na szczęście, staje się terminem historycznym, tak samo jak „awangarda” – w sensie ruchów artystycznych XX wieku – „modernizm”, „Młoda Polska” czy „pozytywizm”.

W żywym języku Europa Wschodnia zaciera się i zanika. Zamiast niej coraz częściej słyszy się u nas o Europie Środkowej, już nie w sensie politycznym. Wyczuwam w tym też pewną naturalną potrzebę nobilitowania tego miejsca. Już nie – „na krawędzi”, „na peryferiach”, ale „w centrum”. Tak jak Szwajcarzy mawiają, że są „środkiem”, „pępkiem Europy”. Także Niemcy. To jest dążenie uniwersalne.

Ł.G.: Kiedy Japończyk słyszy „Europa Środkowa”, to z jakimi krajami ją kojarzy?

T.S.: Coraz częściej kojarzy tak jak wy, Środkowoeuropejczycy, życzylibyście sobie tego, z Polską, Słowacją, Czechami, Węgrami, Austrią. Jest to, rzecz jasna, wpływ przewodników turystycznych operujących tym terminem, ale trzeba przyznać, że coraz częściej pojawia się także jako kategoria kultury czy literatury. Przyznam jednak, że nie wróżę temu terminowi długiego żywota. Dlaczego? Bo zewsząd działa inna presja, inna siła, która powoduje, że Europa się kurczy – jako obszar pojęciowy.

Zjednoczenie Europy zapewne sprawiło, że mamy tendencję, by starać się ujmować jej cywilizację jako jedną całość. Nie sprzyja to dostrzeganiu wewnętrznego zróżnicowania tej części świata, czy też po prostu Unii Europejskiej, czyli niejako podważa rację bytu terminów takich jak Europa Środkowa.

Ł.G.: „Kurczenie” się Europy następuje chyba także pod presją nowych światowych potęg – cywilizacyjnych, gospodarczych – takich jak Chiny, Indie. To zmusza do zmiany myślenia.

T.S.: Właśnie tak. Europa zajmuje coraz mniej stron w podręczniku wiedzy o świecie. A jednocześnie powstaje coraz więcej kierunków studiów takich jak europeistyka. Znikają narodowe klasyfikacje: polonistyka, germanistyka. Studiowanie jednego języka, to model, który jakby odegrał już swoją rolę. (I to że redukuje się na japońskich uczelniach kierunki takie jak germanistyka czy polonistyka nie jest chyba jedynie kwestią kryzysu).

Ł.G.: Polonistyka może być dziś raczej specjalizacją w ramach europeistyki, a nie kierunkiem samym w sobie?

T.S.: Co ciekawe, takie ujęcie nie pozostaje bez związku z postkolonializmem. W XIX wieku, kiedy Europejczycy klasyfikowali nauki i ich śladem także w krajach kolonialnych, to humanistyka – nie mówiło się wówczas jeszcze o europeistyce – miała swoją „mocarstwową hierarchię: anglistyka, romanistyka, germanistyka, potem trochę rusycystyki, a slawistyka jedynie jako kierunek językoznawczy, jakoś tam biegnący swoim bocznym torem. Z czasem jednak kolonie się usamodzielniły i hierarchia nauk straciła rację bytu. Nagle okazało się, że w Japonii „modny” stał się włoski; czyżby na fali mody na kuchnię włoską? Ale mówiąc poważnie, rola francuskiego czy niemieckiego w świecie nie jest dziś pierwszorzędna.

Ł.G.: Co powiedzieć o polonistyce, bohemistyce czy hungarystyce? Wystarczy, że z perspektywy europejskiej nazywamy siebie małymi narodami, małymi kulturami, małymi językami – a co dopiero światowej.

T.S.: Paradoksalnie to przewartościowanie jest zarówno zagrożeniem, jak i szansą. Należy tylko zmienić optykę. Przestać koncentrować się na narodzie i kulturze w taki sposób, że znika z pola widzenia cały kontekst, wszyscy bliżsi i dalsi sąsiedzi. Zamiast myślenia, jak by powiedział Żeromski: wszystko dla Polski, warto spojrzeć na znajomość języka polskiego i polskiej kultury jako na jedno z narzędzi do rozumienia kultury i cywilizacji europejskiej, której częścią jest Polska. A bez dogłębnej znajomości historii Polski i języka polskiego nie możemy zrozumieć historii samej Europy. Właśnie dlatego są Norman Davies, Daniel Beauvois, Timothy Snyder… I cieszę się, że taką zmianę myślenia już się odczuwa, nie tylko chyba w Japonii.

Ł.G.: Należy pan do tego pokolenia naukowców, które, by tak powiedzieć, od zainteresowania kulturą „większą” doszło do tej „mniejszej”. Ukończył pan romanistykę. Podobnie Norman Davies – od rusycystyki, czy też od zainteresowania Rosją, podążał ku czemuś mniejszemu, polonistyce, ale nie ulega wątpliwości, że polska perspektywa pozwoliła mu pełniej rozumieć też i Rosję. Nie bez znaczenia jest też i to, że obaj jesteście przybyszami, którzy odkryli ten nasz izolowany niegdyś zakątek Europy, wówczas Wschodniej. Jako że waloryzacja polityczna brała wówczas prym nad geografią, kiedy trafił pan do Polski w latach 70., żartował pan, że jest przybyszem z Zachodu, czyli z Dalekiego Wschodu.

T.S.: Z Normanem Daviesem należymy do tego pokolenia, które chciało wiedzieć, co się dzieje za żelazną kurtyną; wszystko było zagadką, tajemnicą. Przywiodła nas tu ciekawość, odkrywaliśmy coś, o czym nie mieliśmy pojęcia, dla mnie na przykład był to Gombrowicz i Schulz… Kiedy przed dwudziestoma laty rozpoczęła działanie japońska polonistyka, to Polska codziennie była obecna na pierwszych stronach gazet – Wałęsa, Solidarność – w aurze ogólnego podniecenia, co sprzyjało zainteresowaniu krajem i wielu studentów na tej fali się do nas zgłaszało… żeby nauczyć się języka Wałęsy!

Ł.G.: Czy to oznacza, że Polska również staje się terminem historycznym i nie jest dla Japończyków Polską współczesną – choćby jak Wałęsa i uosabiana przez niego teraźniejszość, która momentalnie stawała się historią…

T.S.: Polska ma zapewnione miejsce w podręcznikach do historii, ale… potrzebuje jakiejś nowej „marki”. Ostatnio zastanawiam się, taka czysta spekulacja – dlaczego Polska, która ma 38 milionów ludności i tak wysoki poziom edukacji, żyzną ziemię i powierzchnię, czemu nie powstaje marka, towar, znany bank, światowa korporacja? Jeżeli dużo mniej liczni Finowie mają Nokię, Szwedzi – Volvo, Nagrodę Nobla. Zacząłem się zastanawiać, jakie marki przeciętnemu Japończykowi konsumentowi kojarzą się z danym państwem: Belgia – piwa i czekoladki Godiva (światowa marka czekolady), Holandia – Heineken. Polska nie oferuje żadnego podobnego towaru czy znanej firmy, chociaż Polacy pracują niemal wszędzie – w korporacjach, jako świetni inżynierowie, naukowcy na uczelniach. Może zaciążyła na tym stara tradycja myślenia szlacheckiego – pogarda wobec kupiectwa, handlu, pieniędzy, miasta – proszę, niech się tym zajmują Żydzi albo Niemcy… Polak jest sobie panem na wsi, ma piękny dwór, trochę zajmuje się kulturą… Syndrom z którym w Lalce boryka się Prus, z którym Wokulski rozpaczliwie walczy. Ja to jeszcze widzę. Owszem, sztuka – pragnienie wzbicia się na wyżyny sztuki bliskie jest Polakom już od romantyzmu i trudno odmówić wam osiągnięć, ale niczego takiego nie żywicie odnośnie do przemysłu, handlu – czy to nie jest scheda po mentalności szlachty?

Ł.G.: Czyli mimo że żyjemy w miastach, dwór jest nam wciąż bliższy, a kantor czy warsztat – nadal obce? Jakby romantyzm ciągle zwyciężał nad biedermeierem?

T.S.: Potrafię wskazać pewną zbieżność charakteru Japończyków i Niemców – szaleńcza praca nad detalem – do końca. Imperatyw dokończenia, doprowadzenia do perfekcji jakieś umiejętności, rzemiosła, swego rodzaju kult pracy i wielki szacunek dla prawdziwego rzemieślnika… Natomiast w polskiej tradycji takich cech nie widzę. To się przekłada na precyzję, ale i szerzej, na pewną nieufność do przemysłu, produkcji, handlu, banków, instytucji – słowem mieszczaństwa i jego etosu. Co ciekawe, japońscy samurajowie i polska szlachta mają wiele cech wspólnych. Choć byli pierwotnie rycerzami, z czasem samurajowie upodobali sobie wieś, gdzie pobudowali dwory, a na ich majątek pracowali chłopi. Najwyższą klasą formalnie była zawsze arystokracja z rodem Mikado na czele, jednak po wieku XII samurajowie stali się tą klasą społeczną, faktycznie rządzącą, stanowiącą około dziesięć procent ludności tak jak polska szlachta. Ale są też różnice – japońskie mieszczaństwo prosperowało bardzo dobrze. Warto pamiętać, że nie dzięki samurajom, ale rodzinom kupieckim Osaka rozkwitła w wiekach XVII i XVIII i to właśnie tam powstała pierwsza w historii oficjalna giełda Dojima, w której odbywały się transakcje na zasadzie „futures”. To, co dziś kojarzy się z osakijskim sukcesem w biznesie i produkcji, jest dziedzictwem także nauki myśliciela pochodzenia chłopskiego, Ishidy Baigan (1685–1744), i jego całej szkoły (Sekimon Shingaku). Glosił on, iż handel czy kupiectwo, którego istotą jest nic innego jak pośrednictwo w wymianach dóbr, bynajmniej nie jest zawodem gorszym niż inne. Filozofia Ishidy ma wiele wspólnego z kalwinizmem jeśli chodzi o etykę kupiecko-mieszczańską. (Przychodzi rzecz jasna na myśl teoria Maxa Webera i jego Etyka protestancka a duch kapitalizmu. Polecam jednak w tym kontekście przede wszystkim lekturę Roberta Neelly Bellaha). Twórczy wkład samurajów w kulturę i literaturę japońską nie jest aż tak imponujący, w porównaniu z rolą mieszczan i mnichów. Z kolei w kulturze polskiej dominuje szlachcic – jemu przysługuje wykształcenie, on jest mecenasem, inspiratorem, bohaterem utworów, które sam nierzadko tworzy – za nim dopiero sytuuje się kler. Natomiast w kulturze japońskiej jest dużo więcej mieszczan i chłopów, którzy pisali czy malowali.

Ł.G.: Wróćmy do Europy Środkowej, skoro Polska jest tak beznadziejnie „uwikłana w historię”. Czy Grupa Wyszegradzka może być jakąś alternatywą – cztery europejskie państwa, które pomyślnie przeszły etap transformacji, słowem: kraje sukcesu?

T.S.: Z perspektywy japońskiej ani określenie „Europa Środkowa”, ani tym bardziej „Grupa Wyszegradzka” nie ma i chyba nie uzyska takiej siły jak na przykład „Skandynawia”. Słowo, wygodne, istniejące od dawna, przez co niejako autentyczne. Ono przemawia, nawet jeśli nie od razu potrafimy wyliczyć, co dokładnie się za nim kryje – jakie produkty, jaki styl życia, kultura… A mimo to w samym określeniu jest już coś frapującego, kojarzącego się z północą.

Tymczasem „Europa Środkowa” – dwuczłonowy termin – już wywołuje pewne podejrzenie, zwłaszcza przymiotnik „środkowa”, tutaj jest wyczuwany kompleks. Chęć ulokowania się „w środku”, a nie na peryferiach, jak już powiedziałem, może być odebrana in minus – jako przejaw pewnego kompleksu. To wiąże się jeszcze ze spuścizną polityczną. Z podejrzeniem, że zamiast „Europy Wschodniej” wymyślono „Europę Środkową”, ale za tym określeniem nadal kryją się podziały, co może wpływać niekorzystnie. I dlatego mam wątpliwość, czy taki termin jest potrzebny. Abstrahując od wszystkich wspólnych cech, które tutejsze państwa i narody mają. Byłoby lepiej znaleźć inną przynależność – o ile jakaś alternatywa istnieje.

O autorach

Tokimasa Sekiguchi

Profesor emerytowany Tokyo University of Foreign Studies, autor licznych przekładów literatury polskiej na język japoński (m.in. utworów Jana Kochanowskiego, Czesława Miłosza, Jarosława Iwaszkiewicza, Witolda Gombrowicza), a także pierwszego komunikacyjnego podręcznika języka polskiego dla Japończyków. W latach 2000–2004 wiceprezes Stowarzyszenia „Bristol” Polskich i Zagranicznych Nauczycieli Kultury Polskiej i Języka Polskiego jako Obcego. W 1998roku otrzymał odznaczenie „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, w 2007 Dyplom Ministra Spraw Zagranicznych za wybitne zasługi dla promocji Polski w świecie, a w 2009 roku został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP.

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Łukasz Galusek

Architekt i wydawca, od 2018 r. zastępca dyrektora ds. programowych w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie. Zajmuje się kulturą i sztuką Europy Środkowej, zwłaszcza związkami pomiędzy przestrzenią, pamięcią i tożsamością. Współautor publikacji: Jože Plečnik – architekt i wizjoner (2006), Kresy na nowo odkryte. Wspólne dziedzictwo Polski i Ukrainy (2007), Rumunia. Przestrzeń, sztuka, kultura (2008), Pogranicze. O odradzaniu się kultury (2012), Modi memorandi. Leksykon kultury pamięci (2014), Adriatycka epopeja. Ivan Meštrović (2017). Współkurator wystaw: Kresy na nowo odkryte. Wspólne dziedzictwo Polski i Ukrainy (Galeria MCK, grudzień 2005 – styczeń 2006), Kartograf złowrogiej historii. Tara (von Neudorf) (Galeria MCK, wrzesień – październik 2013), Adriatycka epopeja. Ivan Meštrović (Galeria MCK, lipiec – listopad 2017) i Architektura niepodległości w Europie Środkowej (Galeria MCK, listopad 2018 – luty 2019).

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Copyright © Herito 2020