Nowy koncert mocarstw w Europie

Kultura i polityka

Nowy „koncert mocarstw” w Europie Środkowej

Publikacja: 30 sierpnia 2021

NR 6 2012

TAGI DO ARTYKUŁU

DO LISTY ARTYKUŁÓW

Tradycyjnie rzecz ujmując, kto dominuje w Europie Środkowej, dominuje na całym kontynencie, więc interesują się tym obszarem i Rosja, i Niemcy, a w przyszłości będzie – najbardziej dynamicznie się rozwijająca – Turcja.

Polskim politykom słowo „geopolityka” właściwie nie przechodzi przez gardło. Zapewne niesie zbyt wiele złych konotacji. Ale gdzie indziej – na przykład w Rosji – wręcz przeciwnie, jest stale w publicznym dyskursie odmieniane przez wszystkie przypadki. To zrozumiałe, tym bardziej, że termin ten używany jest jako określenie rywalizacji pomiędzy superpaństwami o dominację nad strefami peryferyjnymi. Ale można go definiować inaczej – jako refleksję polityczną ze szczególnym uwzględnieniem czynników geograficznych: przestrzeni i demografii. A ponieważ od czasów twórcy pojęcia „geopolityki” – Rudolfa Kjelléna – upłynął już wiek, należałoby dodać czynnik trzeci: potencjał technologiczny. W doktrynie geopolityki kluczowym pojęciem jest „Raum-motiv”, czyli wątek ekspansji przestrzennej, poszerzania pola geopolitycznego. Wśród siedmiu praw ekspansjonizmu, sformułowanych jeszcze przez Friedricha Ratzela, warto przypomnieć tezy, że przestrzeń państwa poszerza się wraz z rozwojem jego kultury i że wzrost państwa powoduje rozwój idei, produkcji, handlu oraz działalności misyjnej oraz odbywa się przez pochłanianie innych, mniejszych jednostek.

Chciałbym podzielić się kilkoma „geopolitycznymi” właśnie hipotezami dotyczącymi przyszłości Europy Środkowej w perspektywie dziesięciu–dwudziestu lat. Warto w tym kontekście przywołać jeszcze jedno nazwisko niemieckiego przedstawiciela myśli geopolitycznej. To Friedrich Naumann sformułował w 1915 roku pojęcie „Mitteleuropa”, które stało się synonimem niemieckiego ekspansjonizmu. Licząc na zwycięstwo w pierwszej wojnie światowej, Cesarstwo Niemieckie zakładało powstanie niewielkiego, ale obejmującego Warszawę i Wilno Królestwa Polskiego, niezależnych państw bałtyckich: Estonii, Łotwy, Kurlandii i Litwy, niezależnej Ukrainy, tatarsko-niemieckiego Krymu i półautonomicznej Republiki Kozackiej, będącej kondominium rosyjsko-niemieckim. Większość Armenii przypadłaby Turcji, a Azerbejdżan i Gruzja miałyby stać się samodzielnymi państwami. Nie sposób pozbyć się refleksji, że mapa Europy Anno Domini 1990 stała się znacznie bliższa tej wizji niż Europa po traktacie wersalskim.

Jeśli spojrzeć na obszar Europy Środkowej z bardzo szerokiej perspektywy historycznej, to można jej dzieje w ostatnich stuleciach przedstawić jako proces wycofywania się mocarstw. Najpierw – w długim okresie – Turcji. Potem – w dwóch aktach – żywiołu niemieckiego. Akt pierwszy rozegrał się 1918 roku w postaci załamania się Imperium Habsburgów i wycofaniu cesarskiej administracji z Galicji, północnych Bałkanów, Czech i Słowacji. Aktem drugim były ustalenia zwycięskiej koalicji w Jałcie i Poczdamie w 1945 roku. Po kilkuset latach obecności nad Bałtykiem i dolną Wisłą, skąd rozwinęła się cała „idea pruska”, Niemcy zostali usunięci. Podobnie stało się na zachodzie i północy Czech, w Siedmiogrodzie, Pradze i Budapeszcie, na Śląsku i Pomorzu. Śmierć i wysiedlenia dotknęły milionów ludzi, przerwana została wielowiekowa ciągłość kulturowa. Jeszcze bardziej dramatycznie zakończyła się obecność na terytorium europejskim Żydów. A ich nowe państwo zaczęło wzrastać – paradoksalnie – jako kawałek Europy Środkowej na innym kontynencie. Po roku 1989 nastąpiło odejście Rosji. Powstały nowe państwa w obszarze dawnego imperium carskiego, zniesiona została kolonialna zależność grupy państw, którą symbolizowały Układ Warszawski i RWPG, zanikł nawet sam wpływ ideologii komunistycznej, jak na terenie byłej Jugosławii czy Albanii. Wypchnięcie Turcji, wypędzenie Niemców, odejście Rosjan to trzy procesy, które spowodowały „rozbłysk Europy Środkowej”. Rzec by można – nastąpiła geopolityczna pauza, chwila oddechu od presji imperiów.

Imperia mają jednak swoje zalety. Pisał o tym odkrywczo Niall Ferguson w swojej monografii imperium brytyjskiego. Brak imperiów mógł oznaczać – jak zresztą wielu sądziło – pogrążenie się Europy Środkowej w konfliktach narodowo-etnicznych lub religijnych, ekonomiczne protekcjonizmy i różne kryzysy wywołane niewydolnością nowych państw. Po części to się sprawdziło. Wystarczy wspomnieć Kosowo, Bośnię i Hercegowinę, Karabach, Naddniestrze, Osetię i Abchazję, mafijne problemy Czarnogóry, nieporozumienia polsko-litewskie czy ostrzejsze węgiersko-słowackie. Lista wydaje się długa, ale nie zapominajmy, że pomiędzy Niemcami („starą Unią”), Rosją i Turcją pojawiły się aż dwadzieścia trzy niepodległe państwa. Większość z nich jako organizmy o niewielkim potencjale, liczące mniej niż pięć milionów mieszkańców.

W tej nowej Europie dwudziestu trzech państw zarysowały się nowe linie podziału. Pojawiły się grupy państw, pomiędzy którymi różnice są dziś większe niż w roku 1990 i co więcej – stale rosną. Mamy tu do czynienia z obszarami różnych prędkości. Na pewno wyróżnia się Grupa Wyszehradzka. Członkowie OECD, NATO i UE, kraje ze sobą współpracujące i osiągające między sześćdziesiąt a osiemdziesiąt procent średniej europejskiej PKB (licząc według parytetu siły nabywczej na głowę mieszkańca). Grupie Wyszehradzkiej towarzyszą państwa, które można by określić grupą „Wyszehrad Plus”: Słowenia, Rumunia, Bułgaria, i które także doświadczają gospodarczego wzrostu i cywilizacyjnego awansu. Reszta rozciągnęła się w bardzo długim peletonie. Od Chorwacji, właśnie przekraczającej próg członkostwa, przez przygotowujące się do integracji Czarnogórę i Serbię, po podejmującą pierwsze reformy Mołdawię. Dalej Ukraina, która się waha, Białoruś pogrążająca się w szalonej dyktaturze czy Albania albo Kosowo przeżywające dramatyczne problemy wewnętrzne. Część tych krajów zaczęto określać słowem BUMAGA (Białoruś, Ukraina, Mołdawia, Azerbejdżan, Gruzja, Armenia). Ta „Bumaga” jest czystą kartą. Wszystko na niej można zapisać – zarówno ścisłą integrację z Rosją w przypadku Białorusi, integrację uwarunkowaną w przypadku Ukrainy, islamską rewolucję w Azerbejdżanie czy uwikłanie w niekończące się konflikty w przypadku Armenii. Takie czarne scenariusze nie są zresztą nieprawdopodobne.

Europa Środkowa jest podwójnie uzależniona. Ekonomicznie od Niemiec, gdyż każdy kraj od dwudziestu pięciu do czterdziestu procent swoich obrotów handlowych realizuje właśnie z tym państwem i stale liczy na płynące stamtąd inwestycje. Energetycznie uzależniona jest od Rosji i ten stan raczej się pogłębia, paradoksalnie, głównie na skutek porozumień rosyjsko-niemieckich. Ostatnie wsparcie Niemiec i Włoch dla inicjatywy „South Stream” jest tego przykładem.

Na tym szkicowo zarysowanym tle chciałbym sformułować cztery tezy. Pierwsza z nich brzmi: część Europy pomiędzy Niemcami, Rosją i Turcją przestała być homogenicznym zbiorem postkomunistycznych bytów państwowych. Podzieliły się one na grupy różnych prędkości. I to bez widoków na szybką zmianę tej sytuacji.

Druga teza mogłaby brzmieć następująco: w ciągu ostatnich dwudziestu lat bardzo zmienili się sąsiedzi Europy Środkowej. Zdecydowanie się wzmocnili. Niemcy skonsumowały NRD i stały się przewodnią siłą Unii Europejskiej. Nic w Europie nie wydarzy się bez ich aprobaty. Rosja po latach chaosu jest dziś skonsolidowana, dysponuje ogromnymi nadwyżkami handlowymi, o których w UE można tylko pomarzyć (ustępuje jedynie Chinom, Niemcom oraz Arabii Saudyjskiej). Staje się też coraz bardziej asertywna. To bogata Rosja nowych szejków. Turcja, która jeszcze na początku lat siedemdziesiątych miała populację mniejszą niż Polska, dziś liczy prawie osiemdziesiąt milionów mieszkańców. Gdyby wstąpiła do Unii, byłaby tam największym krajem. W ostatnich latach Turcja odnotowuje wzrost gospodarczy na poziomie ośmiu do dziewięciu procent, gwałtownie rozbudowuje swoją infrastrukturę, jest krajem sukcesu i gospodarczej ekspansji. Jej pozycję wzmacnia to, że utrzymuje sześćset tysięcy dobrze wyszkolonych żołnierzy, ma ogromne wsparcie w świecie turkojęzycznym oraz w świecie muzułmańskim i traktowana jest przez Stany Zjednoczone Ameryki Północnej jako ważny partner. Przypomnijmy, że jej terytorium jest większe niż Francji, a polityczna stabilność imponująca. Zapewne wkrótce będzie głównym partnerem Albanii, Bułgarii, Grecji, Macedonii, Bośni, Azerbejdżanu, Gruzji i Ukrainy.

Jak zatem zarysowują się możliwe wydarzenia? Rozważmy kolejno trzy czynniki. Pierwszy to demografia. Europa Środkowa słabnie demograficznie. Na przykład spisy powszechne na Litwie i w Rumunii ukazały dramatyczną sytuację: brak ponad dziesięciu procent ludności. W Polsce istotnie zmniejszył się odsetek ludności w wieku przedprodukcyjnym, wzrósł natomiast odsetek ludności w wieku poprodukcyjnym. Ukraina jest już w stanie demograficznej klęski. Wiemy zatem, że nie sposób budować teraz konkurencyjności tego obszaru na czynniku ludzkim. Perspektywy są złe właściwie dla wszystkich krajów. Jedyne dynamiczne grupy etniczne to Albańczycy i Romowie, co wywołuje dodatkowe problemy społeczne. Ciekawe, że Rosjanie zahamowali spadek swojej populacji. Zaczęto tam postrzegać politykę demograficzną jako niezbędny warunek przeżycia państwa w roli gracza na poziomie światowym i zastosowano radykalne środki. Niemcy utrzymują swój potencjał dzięki atrakcyjności dla imigrantów. Jedynie Turcja ma wciąż prognozę wzrostu, nawet do stu milionów mieszkańców. Warto przy okazji zauważyć, że obecnie przeszacowana liczba mieszkańców Europy Wschodniej oznacza, iż kraje te bazują na zupełnie fałszywych podstawowych wskaźnikach dotyczących na przykład bezrobocia, PKB na głowę, aktywności wyborczej etc.

Drugim czynnikiem determinującym przyszłość są zagadnienia energetyczne. Godne rozważenia są tu dwa skrajne scenariusze. Pierwszy to kontynuacja tendencji do zaostrzania się sytuacji według modelu białoruskiego lub ukraińskiego. Chodzi o doprowadzenie do wyprzedaży suwerenności gospodarczej za energię (np. udziały w sieciach, prywatyzacja sektora energetycznego). Mówiąc inaczej, cały region staje się dominium energetycznym Rosji. Scenariusz drugi to powstanie europejskiej wspólnoty energetycznej, będącej czymś w rodzaju „energetycznej tarczy”. Oznacza to dywersyfikację dostaw do Europy (np. rurociąg Nabucco), budowę interkonektorów, rozwój technologii czystego spalania węgla i skokowy postęp efektywności zużycia energii. Gra toczy się o obronę suwerenności energetycznej i koszty produkcji. Szczególnym przypadkiem scenariusza drugiego byłaby eksploatacja gazu łupkowego w Polsce i w Ukrainie, co oznaczałoby geopolityczne trzęsienie ziemi.

Czynnikiem trzecim jest polityka, gdzie znów można sobie wyobrazić dwa skrajne scenariusze dotyczące przede wszystkim stosunków UE – Rosja i ewentualnie NATO – Rosja. Pierwszy można by symbolicznie określić mianem „scenariusza Jürgensa”, od nazwiska prezesa moskiewskiego Instytutu Współczesnego Rozwoju, związanego z prezydentem Miedwiediewem. Scenariusz ten oznacza ewolucję Rosji w stronę narodowego, demokratycznego państwa dobrobytu i strategiczne uprzywilejowane partnerstwo z UE. Polska, Grupa Wyszehradzka i w dużej mierze także Niemcy byłyby największymi beneficjentami takiego rozwoju sytuacji. Scenariusz drugi mógłby zyskać etykietę „scenariusz Dugina”, od nazwiska głośnego ideologa, autora książki Założenia geopolityki (podręcznika w rosyjskich akademiach wojskowych i dyplomatycznych). Chodzi o kurs na odrodzenie rosyjskiej suwerenności i pozycji regionalnego mocarstwa nie tylko w słowach, lecz także w praktyce. Chodzi też o „wielki rewanż”, nawet nie tyle za przegraną zimną wojnę, ile za upokorzenie Rosji w latach dziewięćdziesiątych. Koncepcje Dugina zakładają wyparcie USA z Europy, złamanie hegemonii atlantyckiej i systematyczną rozbudowę wielkiej strefy ekonomicznej wokół Rosji. Remedium na taką koncepcję polityki jest utrzymywanie spoistości UE, amerykańskie inwestycje i amerykańskie instalacje wojskowe w Europie Środkowej oraz – powiedzmy to wprost – zwiększenie wysiłku militarnego krajów regionu. Dziś bowiem jedynie Polska wydaje dwa procent swojego PKB na zbrojenia.

Oczywiście można na szachownicy Europy Środkowej rozgrywać różne partie i rozwijać przeróżne scenariusze, ale jedno jest niewątpliwe – i oto właśnie moja trzecia teza. Otóż zwiększa się ciężar używanych tu figur i pionów, rośnie siła i potencjał państw regionu. Pogłębia się bowiem tradycja własnej państwowości, na przykład w Ukrainie, i suwerenności, tak jak w Polsce. Nowe państwa nabierają pewności siebie, umacniają swoje struktury. Rośnie też ich potencjał gospodarczy i cywilizacyjny. Państwa Europy Środkowej systematycznie zmniejszają lukę cywilizacyjną pomiędzy sobą a Zachodem. Po trosze jest to efekt globalizacji, ale również są to błogosławione skutki polityki spójności UE, dostępu do jednolitego rynku oraz ograniczenia wydatków na zbrojenie. Przy założeniu kontynuacji trendów kraje wyszehradzkie, a także kraje Wyszehradu Plus osiągną w ciągu dwudziestu lat od osiemdziesięciu do stu procent średniego europejskiego PKB i przyjmą wspólną walutę, a to oznacza, że stopią się ze „starą Unią” w jeden organizm. Politycznie – na forach europejskich kraje grupy V4 i V4+ są nadreprezentowane. Mają więcej deputowanych do Parlamentu Europejskiego i komisarzy niż tradycyjne potęgi zachodnioeuropejskie. Nawet przy niewielkiej koordynacji swych działań mogłyby mieć istotny wpływ na kierunki rozwoju UE, a zwłaszcza jej polityki wschodniej, polityki energetycznej i polityki w stosunku do Turcji.

Do tej pory kraje Europy Środkowej znajdowały się pod opieką szczególnego „adwokata” – Niemiec, które na szczęście poczuwały się do obowiązku przewodzenia na tym obszarze polityki europejskiej. Tak wcale nie musi być w przyszłości. Europejska determinacja Niemiec nie musi być dalej tak zdecydowana, a obszar Europy Środkowej znajdzie się pod coraz większą gospodarczą penetracją i politycznym naciskiem Rosji i Turcji. Byłby to całkiem naturalny powrót mocarstw na obszary swojej historycznej dominacji. Wcale nie musi to być odległa perspektywa. Na ostatnim posiedzeniu parlamentarnych reprezentacji krajów członków Inicjatywy Środkowoeuropejskiej (CEI), w maju bieżącego roku w Belgradzie, Włochy, jako lider tej grupy, oświadczyły, że chciałyby zaprosić do tej organizacji Rosję i Turcję. Obecni na posiedzeniu ambasadorzy tych krajów wyrazili wielką satysfakcję i zainteresowanie. Gra zatem już się toczy.

Jest to jednak gra nowa. Tradycyjnie rzecz ujmując, kto dominuje w Europie Środkowej, dominuje na całym kontynencie, więc interesują się tym obszarem i Rosja, i Niemcy, a w przyszłości będzie interesować się – najbardziej dynamicznie się rozwijająca – Turcja. Zmiana polega nie na tym, że głęboko wewnętrznie zmienili się dotychczasowi gracze o Mitteleuropę. Zasadnicza różnica – i to jest moja czwarta teza – polega na tym, że pojawił się tu gracz nowy, imperium nowego typu: Unia Europejska. Prowadzi ona na swój sposób politykę ekspansjonistyczną. Włącza w krąg swojej dominacji kolejne państwa. Prowadzi politykę wspierania rozwoju państw, które uwolniły się kiedyś spod dominacji tureckiej, a niedawno spod dominacji sowieckiej. Ta łagodna polityka mocarstwa europejskiego wzmacnia państwa regionu, działa łagodząco na konflikty bilateralne, dostarcza to, co było od zawsze największą zasługą imperiów: jednolity rynek, uniwersalny porządek prawny, wielką infrastrukturę oraz poczucie bezpieczeństwa. Na przykład potrafi od czasu do czasu zainterweniować przeciw dyskryminującym rosyjskim praktykom. To poziom zintegrowania z Unią Europejską przesądza o pozycji krajów Europy Środkowej w owym rozciągającym się peletonie. W tym sensie Unia tutaj „rządzi”. Siła atrakcyjności „imperium europejskiego” jest na tyle duża, że wielcy gracze nie narażą swoich dobrych relacji z Unią przez konflikty z krajami regionu Europy Środkowej. Widać to na przykładzie Rosji, która w imię dobrych relacji z „imperium europejskim” gotowa jest na kompromisy z krajami naszego regionu. Dziś w Europie Środkowej kluczową rolę odgrywa nowe, prawie niewidzialne i jakby pozbawione ambicji, niedrapieżne „imperium europejskie”. Ale jego miękka obecność utrudnia powtórzenie gry mocarstw według starych scenariuszy.

Co z tego wynika dla Polski? Nie możemy być biernym obserwatorem. Powoli budujemy polskie przywództwo w regionie. Jego ograniczenie wynikało z najtrudniejszej sytuacji gospodarczej naszego kraju w momencie startu reform. Byliśmy jedynym krajem z systemem „kartkowym”, bankrutem, którego długi trzeba było umarzać. Nie pomógł nam także brak stabilności politycznej. W ciągu dwudziestu lat urzędowało czternastu premierów. To udało się zmienić. Polska ma największą gospodarkę w regionie, choć kilku krajom ustępuje zamożnością. Warszawska giełda jest dziś większa od wiedeńskiej, a współczesny rynek Europy Środkowej określają giełdy w Londynie, Moskwie, Stambule i Warszawie.

Polska ma prawdopodobnie najlepsze wśród krajów UE rozeznanie w problematyce wschodniej, dysponując takimi ośrodkami analitycznymi jak Ośrodek Studiów Wschodnich im. Marka Karpa, infrastrukturą współpracy jak Forum Ekonomiczne w Krynicy, rozbudowaną służbą dyplomatyczną i białym wywiadem – armią rusycystów, ukrainistów, bohemistów, slawistów etc. Jeśli zwiększymy swoją aktywność gospodarczą i polityczną na Bałkanach oraz w południowej Europie, możemy stać się największym graczem w tym regionie. Polska bowiem powinna być aktywnym sojusznikiem, a raczej uczestnikiem „imperium europejskiego”, organizującym poparcie dla jego interesów w regionie. Tak aby zachowana została równowaga wpływów Niemiec, Rosji i Turcji.

O autorach

Janusz Sepioł

Senator RP VII i VIII kadencji; architekt i historyk sztuki, samorządowiec, polityk PO. Od roku 1999 Wicemarszałek, a w latach 2002–2006 Marszałek Województwa Małopolskiego. Współautor i koordynator wielu opracowań urbanistycznych i regionalnych. Współautor kilku projektów i realizacji architektonicznych oraz autor kilkudziesięciu publikacji z zakresu krytyki architektonicznej, planowania przestrzennego i rozwoju regionalnego. Koordynator Forum Regionów Polska – Rosja, delegat Senatu RP do Inicjatywy Środkowoeuropejskiej.

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Copyright © Herito 2020