Kiedy analizujemy przypadek Czechosłowacji, okazuje się, że tak się na dłuższą metę chyba nie da. Zadaję sobie pytanie, co teraz, co z nami – czy idee europejskie w odleglejszej przyszłości okażą się równie słabe. Nawet jeśli ludziom będzie się żyło lepiej, zasobniej, nawet jeśli nasz wysiłek modernizacyjny w końcu zacznie procentować, czy nadal przeciętny mieszkaniec naszej części kontynentu będzie głosować za demokracją?

Łukasz Galusek: W tym numerze „Herito” opowiadamy o krajach, których już nie ma. Niejako więc naturalnie naszą uwagę chcielibyśmy skierować na różnice między dzisiejszą Republiką Słowacką a Czechosłowacją. Ale chciałbym zacząć od czegoś, co było jeszcze wcześniej. Należy pani do pierwszego pokolenia powojennego, pokolenia, które dorastało w przekonaniu, że wszystko, co złe, skończyło się wraz z zakończeniem drugiej wojny światowej i, co ważne, słusznie wraz z nią zostało pogrzebane. Wasze pokolenie – taka przynajmniej było oficjalna wykładnia – spogląda już tylko w przód, „buduje nowy raj na ziemi”. Jednak dzięki rodzicom, dzięki miastu, w którym się pani urodziła, Bańskiej Szczawnicy, zachowała pani we wspomnieniach także świat wcześniejszy – nie tylko międzywojenną Czechosłowację, ale także słowiańsko-niemiecko-węgierską Szczawnicę czasów monarchii dualistycznej. Ten „posag wspomnień” okazał się ważny w pani dorosłym życiu, w pani działalności, jak wyznała pani w książce Krátke listy jednému mestu (Krótkie listy do pewnego miasta).

Magda Vášáryová: Jeżeli ktoś urodzi się w domu, w którym nad jego kołyską widnieje wykuta w kamieniu data 1562, to dorasta nie tylko ze świadomością tego, co było przedtem, ale i z przekonaniem – jak w przypadku Szczawnicy – że ta przeszłość jest niezwykle ważna.

Kiedy przyszłam na świat, Szczawnica była już tylko małym miasteczkiem, odziedziczyłam jednak pamięć o nim jako o – niegdyś – jednym z najważniejszych miast Królestwa Węgierskiego. O miejscu, które swą rangę zawdzięczało mieszkańcom obdarzonym cechami takimi, jak przedsiębiorczość, pomysłowość, pracowitość, wykształcenie. Pamiętam, że nie było niczym dziwnym, kiedy w domu rozmawiano po niemiecku, z sąsiadem po węgiersku, a na ulicy po słowacku, w mojej rodzinie też tak było…

Lecz w pewnym momencie ulegliśmy komunistycznej propagandzie, która utrzymywała, że „wszystko było złe, dopiero my stworzymy raj”. (Reaguję alergicznie na takie deklaracje, zwłaszcza że dziś też nie należą one do rzadkości). W pewnym więc momencie zrzekliśmy się pamięci miast, na przykład takich jak Bańska Szczawnica, do której jestem przywiązana i czuję się ukształtowana przez idee i ludzi, tworzących to miasto w przeszłości. Niestety – od romantyzmu – przyjęło się uważać za „prawdziwych” Słowaków, Słoweńców czy Estończyków tylko chłopów i tylko ubogich. Zamożny, dobrze prosperujący rolnik jakoś nie licował z wyobrażeniem o „soli ziemi”. A co dopiero przedsiębiorca, ktoś parający się handlem – cóż za nieprzystojne zajęcie, w pewien sposób podejrzane. Rozumiem przesłanki takiego myślenia w czasach romantyzmu i Wiosny Ludów, ale żywotność tego stereotypu, a wręcz jego podsycanie, okazały się dla komunistów sposobem na utrzymanie i sprawowanie władzy. Niestety skutek jest taki, że nawiązanie więzi z Królestwem Węgierskim nie przychodzi dziś Słowakom łatwo, choć mamy wszelkie powody czuć się „solą” tamtego królestwa. Nie było to przecież królestwo węgierskie – w sensie etnicznym, by tak rzec: madziarskie. Węgrzy dzielili je ze Słowakami, z Rumunami, Chorwatami, Rusinami, Niemcami, Żydami czy Serbami. Dzisiejsza Słowacja była nie tylko głównym krajem tego królestwa, to ona była Królestwem Węgierskim przez ponad trzy stulecia. Kiedy Buda pozostawała w rękach Turków, dzisiejsza Bratysława – ówczesny Pressburg, Pozsony czy, jak my mówiliśmy, Prešporok – była jego stolicą, miastem koronacyjnym, z sejmem i senatem (zwanymi Uhorský snem).

Dziś my, Słowacy, musimy przezwyciężyć ten romantyczny „garb”, za którego sprawą zostaliśmy „wypchnięci” na wieś, a nasze królewskie miasta i ich kultura wydają nam się nie nasze. Coś, co przez dziesięciolecia wypierano z naszej świadomości, w końcu wydaje się, jakby nie istniało. Tak stało się z miastami i naszą tradycją miejskości. Ale na czym dzisiaj mamy oprzeć nowoczesną tożsamość słowacką, jeśli nie na kulturze miast?

Ł.G.: Obcość miasta to problem wielu środkowoeuropejskich kultur narodowych, nie tylko Słowaków, dlatego tak ważne jest wszystko, co służy jej przezwyciężeniu, wypracowaniu (odnalezieniu?) miejskiego idiomu naszych kultur.

M.V.: Można też na to spojrzeć od strony bardziej prozaicznej, codziennej. To dla mnie swoisty paradoks, że migracja ze wsi do miast trwa już kilka dziesięcioleci, tymczasem nawet w drugim pokoleniu, czyli potomkowie przybyszów, mawiają wciąż „jedziemy do domu”, kiedy udają się na wieś. Zresztą w mieście też kultywują swój „wiejski” styl życia. Moim zdaniem bardzo źle wpływa to na rozwój miast, kiedy ich mieszkańcy nie chodzą na wystawy, koncerty, nawet nie spacerują po mieście, a gdy przychodzi weekend, ruszają na wieś i tam wolą patrzeć, jak im rosną pietruszka i marchewka. Dziwne.

Ł.G.: W pewnym momencie na Słowacji pojawił się taki opis relacji między wsią (słowacką) a miastem (obcym): to my, bezimienni Słowacy, przybysze z wiosek, budowaliśmy miasta. Kamienica po kamienicy, kwartał po kwartale. Wprawdzie żadna tablica, żaden pomnik nie wspomina naszych imion, ale bez naszego trudu nie byłoby tych metropolii – Budapesztu, Wiednia. Czy to jest sposób na odnalezienie się w przeszłości tych „nieswoich” krajów?

M.V.: To owoc trwania kolejnego stereotypu – że Słowacja to kraj rolniczy. W jaki sposób górzysty kraj może być rolniczy? Jak da się wyżyć z małego poletka, ogródka? Nawet jeśli latem ktoś pracował na takim poletku, w ogródku, na dużą część roku musiał z domu wyjeżdżać za inną pracą – i Słowacy rzeczywiście budowali Wiedeń, Budapeszt, Pragę, Brno. To jedna strona medalu. Drugą stroną jest pewna tradycja, do której powinniśmy nawiązać. Tradycja tych ziem w wiekach XV, XVI, kiedy były one swoistą awangardą uprzemysłowienia tej części Europy: sześćset piętnaście hut, kopalnie złota, srebra, miedzi; Kremnica, Bańska Bystrzyca, Bańska Szczawnica. Poletka i ogórki uprawiano, owszem, na własne potrzeby, jednak kraj się rozwijał, a jego mieszkańcy zaznawali dobrobytu zupełnie dzięki czemuś innemu. Dlaczego dzisiejsza Słowacja nie miałaby się czuć dziedziczką tradycji tamtego, przeszłego kraju?!

Jeśli myślę o poletkach, to raczej w kontekście czegoś innego. Mam na myśli majątki, szlacheckie, magnackie, które prosperowały równie dobrze jak te wspaniałe miasta. Do upadku tej formy gospodarki przyczyniło się prawo, które obowiązywało w Królestwie Węgierskim, dużo mniej korzystne od uregulowań w krajach habsburskich. Otóż to prawo nakazywało dzielić majątki pomiędzy potomków i nie pozwalało przekazać całości na przykład najstarszemu synowi, aby w nim dalej gospodarował. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Wkrótce rzeczywiście zaczęliśmy wierzyć, że jesteśmy chłopami – jak w samospełniającej się przepowiedni. Komunizm to zakonserwował i dziś ten stereotyp kładzie się cieniem na całą naszą kulturę i politykę.

Ł.G.: Jak zatem Słowacy powitali Czechosłowację? Dla Czechów „okrywanie” Słowacji okazało się niezwykle ważne w procesie narodowego samorozpoznania. Czescy dziewiętnastowieczni budziciele chętnie powtarzali, że wystarczy wyjechać z Pragi na zachód czy północ, by już po dwudziestu kilometrach natknąć się na Niemców, tymczasem gdy ktoś uda się na wschód po dwóch dniach drogi wciąż jest wśród swoich i może przekonać się, jaki słowiański świat jest wielki. Między innymi z tego myślenia zrodziła się idea czechosłowacka.

M.V.: Słowacy, a w końcu także Czesi, podeszli do tego pragmatycznie. Szczerze mówiąc, nie mieliśmy żadnej tradycji współżycia z Czechami i podkreślam to także dlatego, że na przykład w Polsce wciąż pokutuje odmienne mniemanie. Przez siedemset lat byliśmy częścią wielonarodowego Królestwa Węgierskiego, w którym do 1830 roku językiem urzędowym była łacina! Czołowi protagoniści węgierskiego okresu reform, tacy jak hrabia István Széchenyi, bez których nie odrodziłyby się Węgry jako nowoczesny naród, porozumiewali się po niemiecku, a węgierskim – którego zaczęli się uczyć dopiero w XIX wieku – nie tyle się posługiwali, ile używali go do zamanifestowania swojej narodowej postawy. (Zresztą większość z nich nie wyzbyła się niemieckiego akcentu). Niestety ich świadomi swej węgierskości następcy błędnie mniemali, że warunkiem utrzymania integralności dawnego Królestwa Węgierskiego jest „rozbudzenie” węgierskości u wszystkich jego mieszkańców. Szturowcy, czyli młoda słowacka inteligencja, ludzie, którzy między innymi skodyfikowali język słowacki, hamowali zapędy madziaryzacyjne. (Nie udały się one także z Chorwatami, z Rumunami w Siedmiogrodzie, z Serbami w Wojwodinie). Niestety samym Węgrom inne rozwiązanie nie mieściło się w głowie. Ugoda austriacko-węgierska tylko utwierdziła ich w przekonaniu, że w węgierskiej części monarchii powinni mieszkać Madziarzy. Szczyt madziaryzacji przypadł na pierwszą dekadę XX wieku.

Czechosłowacka koncepcja Masaryka pochodziła z innego porządku, choć przecież w dużej mierze była podyktowana pragmatyką. Aby wzmocnić siłę swych argumentów, Czesi, w rozumowaniu Masaryka, dla tego nowego państwa potrzebowali i Niemców, i Słowaków, i Rusinów. Dzięki temu Masaryk na konferencji pokojowej w Paryżu w 1919 roku reprezentował nie sześć milionów Czechów, lecz trzynaście milionów mieszkańców Czechosłowacji!

Przystąpienie Słowaków do Czechosłowacji odbyło się trochę „na szybko”. 28 października 1918 roku weszła w życie umowa pittsburska z maja tego samego roku o utworzeniu wspólnego państwa, zawarta z inicjatywy Masaryka przez delegatów czeskich i emigrację słowacką w Ameryce. Czyli Czechosłowacja już istniała, kiedy 30 października zebrali się w Martinie delegaci słowaccy, aby dyskutować o możliwości stworzenia takiego państwa. W kontekście memorandum o przystąpieniu do wspólnego państwa, które wydano wtedy w Martinie, nasuwa się skojarzenie z działaniem pod presją faktów dokonanych, choć przecież było ono suwerenną słowacką decyzją. Sprawy toczyły się naprawdę szybko. Słowacy nie brali poważnie propozycji Mihálya Károlyiego, premiera Węgierskiej Republiki Ludowej, który próbował jakoś ratować kraj po rozpadzie Austro-Węgier i wiele im obiecywał. Za późno, nikt mu nie wierzył. Przyznam, że dopiero po latach zrozumiałam, dlaczego Węgrzy do dzisiaj piszą, że Słowaków „skradli” im wtedy Czesi. Później, kiedy Czechosłowacja się rozpadła, pojawiły się ze strony Węgrów nawet głosy: „a nie mówiliśmy wam?!”. Dziś wiem dlaczego.

Agata Wąsowska-Pawlik: Jak Słowacy odnaleźli się w kraju, który, przepraszam za to porównanie, spadł im nieco jak deus ex machina?

M.V.: Co więcej, ten kraj powstał niejako na przekór geopolityce. Spójrzmy na mapę i na to odwieczne zdawałoby się ciążenie z północy na południe, od Szwecji po Adriatyk. A tu raptem zjawia się nowy kraj cały w poprzek. Kraj zasobny, już po kilku latach bardzo bogaty i bardzo silny. W roku 1948 Czechosłowacja plasuje się na dziesiątym miejscu najnowocześniejszych państw świata, najbardziej uprzemysłowionych. Komuniści, gdyby mogli, chętnie by pisali o bosych dzieciach biegających przed wojną, ale od czasów Baty praktycznie wszyscy mieli buty. I to w gruncie rzeczy jest kwestia dużo szersza. Kwestia tego, czy my, już nie tylko Słowacy, ale Środkowoeuropejczycy, potrafimy konkurować cywilizacyjnie z resztą Europy i świata. Jeżeli chcemy cokolwiek zmienić, jeżeli pragniemy modernizacji, musimy wyzwolić w sobie takie myślenie. Sukces pierwszej Czechosłowacji mógłby być tego przykładem.

A.W.P.: Choć Czechosłowacja okazała się najszczęśliwszym wyjściem po rozpadzie Austro-Węgier, wielu twierdziło, że jest ufundowana na słabych podstawach. Jak to widzą Słowacy?

M.V.: Problem chyba w tym, że myśmy jej nie wywalczyli. Kiedy trwał spór o przebieg granicy z Węgrami na południu Słowacji, walczyli o nią czechosłowaccy legioniści, garstka Słowaków, a także Francuzi i Włosi. Żartowano nawet, że ponoć Słowacy przyglądali się walkom zdziwieni, o co one się toczą. Koniec końców przebieg granicy ustalono dość arbitralnie, wzdłuż rzek. Węgrzy z jej przebiegiem do dzisiaj się nie pogodzili. A kiedy tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej doszło do arbitrażu wiedeńskiego (pierwszego), w którego wyniku zmieniono przebieg tej granicy i Węgrom przyznano ziemie przygranicznych komitatów z mieszkającymi tam Słowakami (niemal milion Słowaków), Vojtech Tuka, ówczesny premier Pierwszej Republiki Słowackiej, tego faszystowskiego państwa, skwitował to krótko: „Bóg dał, Bóg wziął”. Sam mówił źle po słowacku, z wyraźnym węgierskim akcentem, co dodatkowo ubarwia całą sytuację.

O Ruś Zakarpacką też nie walczyliśmy. Jak przyszło co do czego, stwierdziliśmy, że to sprawa Czechów, co jest nieprawdą, skoro do dzisiaj żyje tam mniejszość słowacka. Na dzisiejszej granicy słowacko-ukraińskiej leży wieś Slemence. Dokładnie dwie wsie – Veľké Slemence i Malé Slemence. Dlaczego dwie? Bo kiedy Stalin powiedział, którędy chce, żeby przebiegała granica radziecko-czechosłowacka, nikt z nas nie zaprotestował, nie mówiąc o tym, żeby Słowacy o nią zawalczyli. No i granica rozcięła Slemence na dwie części. To nieszczęsne „Bóg dał, Bóg wziął” stało się jakby kluczem do naszych słowackich dwudziestowiecznych dziejów. Także w roku 1968 dla nas ważniejsza była federacja. Myślano raczej o tym, jak się podzielić, niż jak budować demokrację. Tym tropem możemy dojść do roku 1993, w którym nastąpił aksamitny rozwód, bez bojów i rozlewu krwi, bo przecież bojów Słowaków z Czechami i rozlewu krwi nigdy nie było. Sama byłam dumna z tego, że rozstaliśmy się pokojowo, że jesteśmy takim pokojowo nastawionym narodem, ale przecież – my nigdy nie walczyliśmy o nasze państwo.

Ł.G.: Architekci pierwszej Czechosłowacji: Tomáš Garrigue Masaryk, Milan Rastislav Štefánik, byli przede wszystkim ludźmi idei. Nawiasem mówiąc, Štefánik był Słowakiem, a Masaryk pół-Słowakiem po ojcu.

M.V.: Odważyłam się kiedyś porównać Masaryka i Piłsudskiego, aby pokazać możliwe różnice między ówczesnymi Polską i Słowacją (Czechosłowacją). Piłsudski był żołnierzem, nie filozofem, toteż w pewnym momencie zrozumiał, że jeśli nie da się utrzymać zjednoczonej Polski za pomocą demokracji, to trzeba tego dokonać inaczej: siłą, autorytarnie. Masaryk nie był żołnierzem, lecz socjologiem, a jego Czechosłowacja była państwem idei i pozostała taka mimo narastającego autorytaryzmu i militaryzmu lat trzydziestych, pozostała właściwie bezbronną republiką, ostoją demokracji, wolności, tolerancji. Żyli w niej Niemcy i dopiero po wojnie zostali zmuszeni do jej opuszczenia. Rusini (Łemkowie) mieli swoje szkolnictwo, i chociaż w okresie komunizmu ich szkoły zlikwidowano, dziś mają je znów, było do czego wrócić. A jednak tamto państwo ufundowane na ideałach okazało się za słabe, mimo że po trzydziestu latach istnienia stało się dziesiątą gospodarką świata. To jednak nie wystarczyło i to właśnie mnie martwi, a nawet przeraża. Czy winę za tamto fiasko należy przypisywać ówczesnym okolicznościom, czy może warto z tego wysnuć wnioski natury ogólniejszej?

Kiedy analizujemy przypadek Czechosłowacji, okazuje się, że tak się na dłuższą metę chyba nie da. Zadaję sobie pytanie, co teraz, co z nami – czy idee europejskie w odleglejszej przyszłości okażą się równie słabe. Nawet jeśli ludziom będzie się żyło lepiej, zasobniej, nawet jeśli nasz wysiłek modernizacyjny w końcu zacznie procentować, czy nadal przeciętny mieszkaniec naszej części kontynentu będzie głosować za demokracją? Obserwuję, co dzieje się na Ukrainie, na Węgrzech, i cieszę się, że my mamy jednak do czego nawiązać.

A.W.P.: Czy na Słowacji chętnie wspomina się Czechosłowację?

M.V.: Deklaracja: „nigdy nie miałem nic przeciwko Czechosłowacji”, a nawet: „chciałem, żeby Czechosłowacja trwała nadal”, niczym politycznie nie grozi. Co więcej, nasz premier Fico przekonuje, że słowackie koleje państwowe powinny połączyć się z czeskimi.

W tamtym państwie Czesi i Słowacy zachowali swoją odrębność. Pierwsza i druga Czechosłowacja były państwami prawdziwie demokratycznymi, trzecia Czechosłowacja była już komunistyczna. Trzeba pamiętać, że wcześniej Słowacy nie mieli swojego szkolnictwa, bo podlegali madziaryzacji, dopiero Czesi pomogli nam je na nowo zorganizować, wsparli nasze rodzące się instytucje kulturalne – teatr, radio. Ale nigdy nie mieliśmy wspólnego ministra kultury czy wspólnego systemu oświaty. Instytucje kultury zawsze były osobne. W szerokim politycznym sensie byliśmy federacją. Nigdy nie musieliśmy uczyć się czeskiego, podobnie jak Czesi nigdy nie musieli uczyć się słowackiego. Choć przyznać trzeba, że Czesi byli nami zafascynowani. Przysyłali fotografów, filmowców, żeby dokumentowali bogaty żywioł słowacki, nasz folklor.

A.W.P.: W Polsce świetnie pamiętamy dokonania Karela Plicki, znakomitego czeskiego fotografa, i trzy jego wielkie cykle, wielokrotnie wznawiane w wydaniach albumowych: Praga, WełtawaSłowacja. Jego obrazy utrwaliły się w naszej pamięci jako obrazy Czechosłowacji.

M.V.: Oba narody rzeczywiście się do siebie zbliżyły, choć nie pomógł w tym żaden wspólny język, na wzór serbsko-chorwackiego. (W latach dwudziestych podjęto co prawda próbę stworzenia języka czesko-słowackiego, ale się nie powiodła). Mieliśmy za to wspólną telewizję, gdzie jeden spiker mówił po czesku, drugi po słowacku i nikt nikogo nie tłumaczył. Po pewnym czasie Czesi zaczęli nas rozumieć! Pamiętam, gdy jako szesnastolatka pojechałam do wioski w Szumawie (południowo-zachodnie Czechy) i w sklepie powiedziałam po słowacku, chcąc kupić ołówek: prosim si ceruzku. Zdziwiona sprzedawczyni odparła, że nie ma córek (po czesku dcery), ma jedynie synów. (Ołówek po czesku to tužka). Piętnaście lat później było już zupełnie inaczej, w dużej mierze dzięki telewizji.

A.W.P.: Jak aksamitny rozwód oddziałał na kulturę słowacką?

M.V.: Przede wszystkim my, Słowacy, straciliśmy dziesięć milionów odbiorców naszej kultury. Podkreślam „my”, bo Słowacy czytają czeskie książki także dzisiaj, toteż nie ma nawet potrzeby tłumaczenia ich na słowacki, podczas gdy Czesi zapomnieli słowackiego, którego ich sami przecież nauczyliśmy. Teraz są dwie telewizje – czeska i słowacka. Słowacy oglądają czeskie programy, filmy, choć sami Czesi nie wydają się zainteresowani opowiadaniem nam o sobie. Niedawno zresztą udzieliłam wywiadu czeskiemu dziennikowi „Mladá fronta dnes”, który spointowałam: „Wy się nami już nie interesujecie!”. Dorasta pokolenie Czechów, którzy nie rozumieją słowackiego, o dziwo, nawet mniejszość słowacka w Czechach, mniej więcej trzysta tysięcy osób, nie potrzebuje słowackich gazet, zadowala się czeskimi. Swoją drogą w czeskich księgarniach nie kupi się słowackich książek, w kioskach nie ma słowackich gazet, nawet w Pradze, podczas gdy w słowackich księgarniach czeskie książki i czasopisma są czymś zupełnie naturalnym.

A.W.P.: Czy z czasem zmienia się ocena wspólnego państwa?

M.V.: Minęło dwadzieścia lat od naszego „rozwodu”, wystarczająco, by przyjrzeć się już także nowej epoce. Jeżeli rozmawialiśmy o ideach, na których ufundowane są państwa, to ja się ciągle zastanawiam, na jakiej idei ufundowana jest nasza Republika Słowacka. Czy tylko na tym, że mówimy po słowacku? Choć przecież nie wszyscy.

A tu pojawiają się głosy o odrzuceniu idei europejskiej, którą przecież żyliśmy, chcieliśmy Europy i do Europy. Na Węgrzech mówią: „po co nam Europa”, w Grecji: „euro musi zostać, bo bez euro czeka nas straszna bieda, ale wasze idee nie są nam potrzebne”. Kto następny się odważy?

Bardzo żałuję, że tak mało wydano literatury i dokumentów naświetlających spory toczone wokół powstania Czechosłowacji. Jakie w roku 1918 wysuwano argumenty za, jakie przeciw, w czym upatrywano siły, a w czym słabości przyszłego państwa. Mógłby to być dla nas istotny punkt odniesienia dla problemów, z którymi borykamy się w dzisiejszej Europie.

O autorach

Łukasz Galusek

Architekt i wydawca, od 2018 r. zastępca dyrektora ds. programowych w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie. Zajmuje się kulturą i sztuką Europy Środkowej, zwłaszcza związkami pomiędzy przestrzenią, pamięcią i tożsamością. Współautor publikacji: Jože Plečnik – architekt i wizjoner (2006), Kresy na nowo odkryte. Wspólne dziedzictwo Polski i Ukrainy (2007), Rumunia. Przestrzeń, sztuka, kultura (2008), Pogranicze. O odradzaniu się kultury (2012), Modi memorandi. Leksykon kultury pamięci (2014), Adriatycka epopeja. Ivan Meštrović (2017). Współkurator wystaw: Kresy na nowo odkryte. Wspólne dziedzictwo Polski i Ukrainy (Galeria MCK, grudzień 2005 – styczeń 2006), Kartograf złowrogiej historii. Tara (von Neudorf) (Galeria MCK, wrzesień – październik 2013), Adriatycka epopeja. Ivan Meštrović (Galeria MCK, lipiec – listopad 2017) i Architektura niepodległości w Europie Środkowej (Galeria MCK, listopad 2018 – luty 2019).

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Magda Vášáryová

Aktorka, socjolożka, polityczka i dyplomatka. Zrezygnowała z aktorstwa (zarówno w teatrze, jak i w filmie) w roku 1989. Następnie pełniła funkcję ambasadora Czechosłowacji w Austrii (1990–1993) i Słowacji w Polsce (2000–2005). W 1993 roku założyła pozarządowe Słowackie Towarzystwo Polityki Zagranicznej (Slovenská spoločnosť pre zahraničnú politiku) i kierowała nim. W latach 2005–2006 była sekretarzem stanu w Słowackim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W latach 2006, 2010 i 2012 uzyskała mandat posła Rady Narodowej Republiki Słowackiej z ramienia SDKÚ-DS (Słowacka Unia Chrześcijańska i Demokratyczna – Partia Demokratyczna). Opublikowała między innymi: Krátke listy jednému mestu (Krótkie listy do pewnego miasta) o swojej rodzinnej Bańskiej Szczawnicy, Kim są Słowacy? Historia. Kultura. Tożsamość (Kto sú Slováci? História. Kultúra. Identita, wyd. pol. 2006) – zbiór esejów wydanych razem z prof. Jackiem Purchlą, Hlavička štátu (Głowa państwa) oraz ostatnio Sąsiad o północy (Polnočný sused, wyd. pol. 2011) o Polsce i polsko-słowackich relacjach, jak również liczne eseje i artykuły w słowackiej i zagranicznej prasie. W 2010 roku została odznaczona przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP złotym medalem Gloria Artis za długoletni wkład w sprawy związane z polityką zagraniczną i kulturalną. Zasiada w Radzie Programowej MCK.

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Agata Wąsowska-Pawlik

Dyrektorka Międzynarodowego Centrum Kultury od 2 stycznia 2018. Absolwentka historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim (1996). Stypendystka Katolickiego Uniwersytetu w Leuven 1997, Departamentu Stanu USA 2004 i Tokyo University for Foreign Studies 2017. Ukończyła Studium Podyplomowe Akademia Psychologii Przywództwa Grupy Firm Doradczych Values i Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej 2015-2016. W Międzynarodowym Centrum Kultury pracuje od roku 1996. W obszarze jej zainteresowań znajdują się: polityka kulturalna na poziomie krajowym i miejskim, międzynarodowa współpraca kulturalna, zarządzanie instytucjami kultury, w tym muzeami, organizacja wystaw i towarzyszących zdarzeń naukowych, promocyjnych i edukacyjnych. Bada społeczne i samorządowe zaangażowanie w rozwój kultury.  W ramach misji MCK prowadzi dyplomację kulturalną, reprezentując Polskę na arenie międzynarodowej, także poprzez aktywne uczestnictwo w międzynarodowych sieciach (ENCATC, RIHA) i programach. W latach 2004-2006 współprowadziła międzynarodowy projekt szkoleniowy ECHOCAST (European Cultural Heritage Organisations Customer Aware Staff Training) finansowany z programu UE Leonardo, który stał się częścią pilotażowej „Akademii Zarządzania Muzeum” w 2011 roku. Narodowy koordynator Europejskiego Roku Dziedzictwa Kulturowego 2018. Jest członkinią Stowarzyszenia Historyków Sztuki, Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, Międzynarodowej Rady Muzeów ICOM, Społecznego Komitetu Ochrony Zabytków Krakowa, zasiada: w Radzie Muzeum Etnograficznego w Krakowie (2021-2024), Radzie Muzeum Fotografii w Krakowie (2020-2024) i Radzie Muzeum Krakowa (2021-2023). W 2018 roku odznaczona Węgierskim Złotym Krzyżem Zasługi, w 2020 Krzyżem Kawalerskim Orderu „Za Zasługi dla Litwy”.

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Copyright © Herito 2020