Dyktatorzy wszędzie na świecie żyją swoim przedłużonym życiem, a ich charyzma i ludzkie cechy fascynują tłumy także po śmierci. Nie mam żadnych wątpliwości, że gdy umrze Fidel Castro, będzie nadal uwielbiany, choć kubańskie więzienia pełne są więźniów politycznych.

Biograf Stalina Simon Sebag Montefiore pisze o specyficznym „katowskim uroku” dyktatora, dzięki któremu utrzymywał on w ryzach własne otoczenie. Najbliższych potrafił nie tylko pochwalić czy życzliwie zganić, ale umiał im pokazać poza zaletami swoje ludzkie słabości. Jednak około roku 1935 zaczął niezbyt dobrze znosić familiarną atmosferę, jaką stworzył wokół siebie. Wydawało mu się, że współpracownicy niedostatecznie cenią jego wyjątkowość. I tak, jak twierdzi Montefiore, do wściekłości doprowadziło go dwóch towarzyszy z jego świty, ponieważ zapomnieli przyjść na kolację, na którą ich zaprosił. Prawdę mówiąc, spóźnili się dwie godziny i znaleźli go w dość kiepskim humorze – ze swoimi ochroniarzami grał w bilard. Kazał więc rozstrzelać niesubordynowanych gości.

Mimo że biografia Stalina roi się od takich sytuacji i wydarzeń, swego czasu otaczano go czcią wprost niezwykłą. Kiedy umarł, poeta Jewtuszenko, do czego sam się przyznaje, płakał rzewnymi łzami, francuska lewica okryła się żałobą, w Moskwie ludzie rozpaczali po wielkiej stracie, a w czasie pogrzebu żałobnicy stratowali na śmierć tysiące ludzi. Powiedzmy, że nie wiedzieli o dwudziestu milionach jego ofiar, ale dzisiaj wie o tym każdy, a mimo to telewizja pokazuje nam migawki z manifestacji w Rosji i jej uczestników niosących portrety Stalina. Oczywiście można zrozumieć nostalgię ludzi, którym w czasach komunizmu żyło się lepiej, jeszcze bardziej można zrozumieć gniew spauperyzowanej większości, którą rosyjska „przechwytyzacja”* zepchnęła na margines społeczeństwa, podczas gdy nowi oligarchowie przechadzają się pod złotymi sztukateriami swoich pałaców. Ale dlaczego prosto do kamery mówią, że „rozumiał człowieka”, że „brał stronę rosyjskiego robotnika”, kiedy nie ulega najmniejszej wątpliwości, iż przede wszystkim był upojony własną potęgą i władzą?

Jeszcze do niedawna największym kultem Stalin cieszył się w Gruzji. W reportażach z tego pięknego kraju zawsze można było trafić na fotografie pomników Stalina albo jego zdjęcia zatknięte za szyby autobusów. Stalin był rzecz jasna Gruzinem, ale takiego Wielkorusa, takiego rosyjskiego samodzierżawcy Rosja nie miała od czasów Iwana Groźnego. „Znam inteligencję małych narodów – powiedział pewnego razu Wielki Stalin do słoweńskiego przywódcy partyjnego Edvarda Kardelja – wasza słoweńska inteligencja jest tak samo słaba jak gruzińska”. Postępował więc z nią stosownie do tego twierdzenia, wysyłał jej przedstawicieli do gułagów. Innych ludzi też. Człowieka, który kazał mordować z powodu drobiazgów, jeszcze bardziej błahych niż w przypadku tamtych dwóch, co zapomnieli przyjść na kolację, dzisiaj uwielbia, a właściwie otacza kultem wielu Gruzinów – i oczywiście Rosjan.

Tito nie nienawidził Słoweńców jak Stalin Gruzinów. Nie istnieją też żadne informacje, by kazał kogoś rozstrzelać, bo ów ktoś miał problemy z pamięcią. Jego ulubioną piosenką była słoweńska Pieluszki prała przy zimnym źródełku, smakowały mu žgance** ze skwarkami, nawet sam je robił na śniadanie, choć lekarze mu zabraniali. Lubił też żartować po słoweńsku, słynna jest jego żartobliwa etymologia słowa tovariš (towarzysz), otóż pochodzi ono podobno od tovariti (po chorwacku) / tovoriti (po słoweńsku), czyli „ładować, przenosić ładunek”, ponieważ Słoweńcy są pracowici i noszą towary jak osły. Nie nienawidził Słoweńców, bo ich kochał, jak kochał wszystkie narody Jugosławii. I jak wszyscy kochali Titę. To prawda, że wielu, ponad dziesięć tysięcy, pozwolił wymordować, a jeszcze więcej posłał do więzienia, choć nie ukarał nikogo za to, że był Słoweńcem, lecz za to, że podkopywał jego władzę i rządy jego ludzi. Tak sprawiedliwie postępował ze wszystkimi jugosłowiańskimi narodami, od Triglavu po Wardar***.

Czciciele Tity pod Triglavem i nad Wardarem każdej wiosny przygotowują się gorączkowo do 25 maja, dnia jego urodzin, które niegdyś obchodzono z pompą, wykorzystując stadionowe rytuały. Zagraniczni dziennikarze komentujący wydarzenia w krajach byłej Jugosławii niemal zawsze dołączają obowiązkowy punkt do swoich tekstów i programów – kult Tity. A ich rozmówcy płaszczą się czołobitnie przed Jego pomnikami, chodzą po Jego ulicach i placach, pokazują przed kamerami Jego figurki i komunistyczny kicz wszelkiego rodzaju, fotografują się przed Jego portretami z takim zapałem, jakiego mogliby im pozazdrościć czciciele choćby Antoniego Padewskiego, ponieważ są dużo mniej gorliwi.

Można to jakoś zrozumieć w Bośni, która doświadczyła strasznej wojny, a w czasach Tity spokoju i ładu, natomiast zdecydowanie trudniej pojąć uwielbienie dla dyktatora w Słowenii, która od ponad dwudziestu lat jest już samodzielnym państwem i od prawie dziesięciu członkiem Unii Europejskiej. W maju, kiedy obchodzi się urodziny Tity – ten dzień w czasach, gdy żył, był świętem państwowym, zwanym Dniem Młodości – Słowenia chwilami wygląda jak Gruzja, z jej pomnikami, posągami i figurkami jakiegoś innego dyktatora. W przeddzień uroczystego wstąpienia Słowenii do Unii władzom miejskim Novej Goricy wydawało się, że najpilniejszą rzeczą, którą należy załatwić, jest odnowienie wielkiego kamiennego napisu NASZ TITO na zboczu wzgórza wznoszącego się ponad miastem, choć napis ten już od dawna jest przedmiotem drwin nawet w przewodniku turystycznym Lonely Planet. Młodzi ludzie, nadzieja słoweńskiego dziennikarstwa, w studiu telewizyjnym wygłaszają teksty o Dniu Młodości z pionierskimi chustami zawiązanymi na szyi. Profesorowie Wydziału Nauk Społecznych uniwersytetu w Lublanie z nonszalancją wypowiadają się przed kamerami na tle portretów Tity – niczym gruzińscy kierowcy autobusów. A hotelarze z Gorenjskiej**** nad idyllicznym alpejskim jeziorem Bled na środek okrągłego stołu stawiają głowę Tity, czyli jego popiersie. Tak więc naprawdę już nie wiadomo, czy młodzi adepci dziennikarstwa nie zdają sobie sprawy, że pośród tej ikonografii wydają się podstarzali, czy profesorowie z Wydziału Nauk Społecznych nie słyszeli słowa „dyktatura”, czy gorenjscy hotelarze stracili gust i wszelki umiar, bo przecież ta głowa na stole bankietowym wygląda jak głowa zwierzęcia serwowanego podczas balu sylwestrowego.

Jeśli powiesz wyznawcom kultu Tity, że urodziny Stalina świętowano, organizując sztafety, a urodziny Hitlera urządzając ćwiczenia na stadionach, że tylko Kim Il Sunga obsypywano kwiatami jak Titę, odpowiedzą: On był inny. Jeśli natomiast zapytasz, co to znaczy, usłyszysz: Kochał życie. A który dyktator nie kocha życia? Swojego, bo cudze już trochę mniej. Nasz dyktator z zielonego raju na Wyspach Briońskich***** chętnie pływał statkiem o nazwie Galeb; tylko godzina drogi dzieli ten archipelag od Nagiej Wyspy******, pływał więc sobie w białym mundurze po morzu w pobliżu miejsca, gdzie w przerażających warunkach wegetowali i umierali w obozie więźniowie polityczni. Ale wielbicieli Tity to nie interesuje. Można zrozumieć, że tęsknią do niego starzy działacze partyjni, jeszcze łatwiej pojąć, że o Ticie mówią robotnicy pozostali bez pracy. Dlaczego jednak tak go wynoszą pod niebiosa bogaci parweniusze? Pewna agencja reklamowa lansowała przed laty nowy typ mercedesa, posługując się sloganem: „On miał wszystko!”, czyli nawet mercedesa, którego w tej reklamie prowadzi na starym czarno-białym filmie. Co było oczywiście drobnym kłamstwem, ponieważ przynajmniej samochodów inny przywódca klasy robotniczej, a mianowicie Breżniew, miał, jak wiadomo, więcej. Ale tym, co przeżyli Nagą Wyspę, było wszystko jedno, czy więcej wspaniałych limuzyn miał Tito czy Breżniew, taka reklama wydawała im się obraźliwa i niesmaczna. Zaprotestowali więc, (?) i ogłoszeniodawcy usunęli reklamę, lecz nie dlatego, że zrozumieli, co tu jest nie w porządku, tylko dlatego, że tak nakazała dyrekcja Mercedes-Benz z Niemiec.

Człowiek, który szuka kogoś, kto by mu wyjaśnił, skąd bierze się takie uwielbienie dla – bez wątpienia – dyktatora, czuje się zawiedziony. Socjologowie pierwsi powinni przyjść mu z pomocą, jednak nie zrobią tego, bo sami zaliczają się do wielbicieli Tity. Pocieszeniem może być to, że zjawisko nie jest odosobnione. Istnieje nie tylko w Rosji i Gruzji; także w sąsiednich Włoszech portrety Mussoliniego spotyka się zarówno w jakimś zapadłym apenińskim kącie, jak i na szklankach do wina albo na koszulkach sprzedawanych na straganach. Dla coraz większej liczby młodych Włochów Benito, mówiąc naszym titowskim żargonem, był równym gościem: pilotem, sportowcem, ramię w ramię z innymi, nagi do pasa, pracował na polach, osuszał bagna, we Włoszech zlikwidował korupcję, kochały go piękne kobiety, wokół niego skupiali się artyści i sportowcy… potem co prawda dał plamę z drugą wojną światową, ale ogólnie był w porządku. Dyktatorzy, krótko mówiąc, wszędzie na świecie żyją swoim przedłużonym życiem, a ich charyzma i ludzkie cechy fascynują tłumy także po śmierci. Nie mam żadnych wątpliwości, że gdy umrze Fidel Castro, będzie nadal uwielbiany, choć kubańskie więzienia pełne są więźniów politycznych.

Wielbiciele dyktatorów zawsze są gotowi odpowiedzieć, że zapominamy o ich ludzkiej naturze, a anegdot o tym, jak umieli się pochylić nad „małym człowiekiem”, nigdy nie zabraknie. W Naszym Ticie więc jego zwolennicy nie chcą albo nawet nie potrafią zobaczyć człowieka, który kazał zabijać i wsadzać do więzienia, a który dzięki swojemu urokowi, na co chętnie się powołują, stwarzał w otoczeniu i w całym państwie atmosferę będącą dziwną mieszaniną uwielbienia i strachu. „Jesteśmy chyba wystarczająco dorośli – pisze wspomniany historyk – by zdawać sobie sprawę, że Stalin był potworem, choć pisał listy miłosne do żony, śpiewał pięknym tenorem albo uwodził kobiety. Budzi to tym większą grozę, że jest prawdziwe”.

Z prawdą nie chcieli mieć nic wspólnego radni stolicy Słowenii, kiedy przegłosowali decyzję, by nową miejską arterię nazwać aleją Tity. Musiał dopiero interweniować Trybunał Konstytucyjny i unieważnić dokument. Przedstawiono rozsądne uzasadnienie, które powinno było zadowolić wielbicieli Tity: stare nazwy ulic i pomniki niech sobie pozostaną, jednak w demokratycznym państwie nie można składać hołdu i oddawać czci dyktaturze i totalitarnemu systemowi, który nagminnie łamał prawa człowieka. Ale i ta argumentacja nie zadowoliła obrońców kultu Tity, podniosły się bowiem liczne głosy protestu przeciw decyzji Trybunału.

O argumentach i rzeczywistości trudno dyskutować z czcicielami. W oddawaniu czci jest zawsze coś tajemniczego, coś, czego rzeczową argumentacją nie da się ogarnąć. Bo gdzie jest uwielbienie, tam też jest tajemnica wiary. Dlatego z czcicielami, którymi są także wyznawcy każdej religii, nie ma sensu spierać się o prawdę. Dla nich prawdą jest to, w co wierzą. Nawet gdyby miał to być szczebel z drabiny Jakuba. Tym obrazem autor niniejszych słów mógłby zakończyć, gdyby miał przynajmniej odrobinę nadziei, że większość jego czytelników, którzy, tak jak on, chodzili do szkół w czasach Tity, będzie choć mniej więcej wiedziała, o czym mówi. A więc, jak opowiada Stary Testament, patriarsze Jakubowi ukazała się we śnie drabina sięgająca od ziemi do nieba, po której w górę i w dół chodzili aniołowie Boży. I choć Księga wyraźnie mówi, że pojawiła się w jego śnie, wiernym w średniowieczu wcale to nie przeszkadzało, by czcić szczeble z drabiny świętego Jakuba. W różnych zakątkach Europy można było spotkać te szczeble, a pątnicy tłumnie pielgrzymowali do kościołów, które miały szczęście znaleźć się w posiadaniu tej wyjątkowej relikwii. Możemy się domyślać, że nie było ich mało, drabina przecież sięgała od ziemi do nieba.

Ze słoweńskiego przełożyła Joanna Pomorska

 

* Słowo oznaczające rabunkową prywatyzację (z ros.). Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.

** Žgance – słoweńska „potrawa narodowa”, prażone kluski, przeważnie z mąki gryczanej.

*** Triglav – najwyższy szczyt Alp Julijskich w Słowenii, Wardar – rzeka w Macedonii.

**** Gorenjska (Górna Kraina) – jeden z regionów Słowenii.

***** Brijunski otoci (chorw., wł. Brioni) – archipelag w chorwackiej części północnego Adriatyku, gdzie Tito miał swoją letnią rezydencję.

****** Na Nagiej Wyspie (chorw. Goli otok) w latach 1949–1956 istniał obóz dla więźniów politycznych, przekształcony następnie w więzienie dla kryminalistów.

O autorach

Drago Jančar

Urodził się w 1948 roku w Mariborze. Absolwent prawa, początkowo pracował jako dziennikarz, w 1974 roku został skazany na rok więzienia za „wrogą propagandę”, po odbyciu skróconej kary wykonywał wolny zawód, był też kierownikiem literackim w wytwórni filmowej. W 1979 roku przeprowadził się do Lublany, gdzie mieszka do dziś. W latach 1987–1991 był prezesem słoweńskiego Pen Clubu. Jego książki i teksty publikowane w prasie należą do najbardziej tłumaczonych z kręgu literatury słoweńskiej – zostały przełożone na ponad 20 języków, a sztuki teatralne doczekały się wielu inscenizacji w byłej Jugosławii, Europie i USA. Jest m.in. autorem powieści: Galjot (1978, wyd. pol. Galernik 1988), Severni sij (1984), Posmehljivo poželenje (1993, wyd. pol. Drwiące żądze 1997), Katarina, pav in jezuit (2000, Katarina, paw i jezuta, wyd. pol. 2010), Zvenenje v glavi (1998), Graditelj (2006), Drevo brez imena (2008), To noč sem jo videl (2010), tomów opowiadań (pol. wybór Spojrzenie anioła 2002), kilkunastu zbiorów esejów (pol. wybory Terra incognita 1993 i Eseje 1999), a także wielu sztuk teatralnych, m.in. Veliki briljantni valček (1985), Halštat (1994), Niha ura tiha (2007). Jest też laureatem licznych nagród: najważniejszej słoweńskiej Nagrody im. France Prešerna za całokształt dorobku literackiego (1993), European Short Story Award (1994, Arnsberg), Nagrody im. Herdera (2003), Nagrody J. Améry’ego (2007, Frankfurt), Premio Hemingway (2009, Lignano) i Premio per la cultura mediterranea (2009, Cosenza).

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Copyright © Herito 2020