Chorwacja w Europie ex occidente lux

Chorwacja w Europie

Chorwacja w Europie: ex occidente lux

Publikacja: 14 października 2021

NR 11 2013

TAGI DO ARTYKUŁU

DO LISTY ARTYKUŁÓW

W stołecznym Zagrzebiu nazwy ulic i miejsc publicznych zmieniają się zawsze z nadejściem nowego systemu politycznego. Mechanizm ów obnaża, podobnie jak w pozostałych krajach regionu postkomunistycznego, brak ciągłości i kruchość instytucji państwowych, a co za tym idzie – podatne na zmiany imaginarium symboliczne.

Po zakończeniu drugiej wojny światowej, wraz z nastaniem władzy ludowej, zniknęły z nazw ulic symbole „reakcji”), a na ich miejsce pojawili się mityczni junacy partyzantki komunistycznej. Z kolei po niechlubnym odejściu tych ostatnich w 1990 roku przywrócono część starych nazw i stworzono nowe. Było to zgodne z propagowanym przez władze i głoszonym przez elity programem powrotu do autentycznych korzeni kultury chorwackiej. Ten zaś program wywołał z rezerwuaru wyobraźni zbiorowej postulat powrotu Chorwacji do Europy. Mówiąc ściślej, powrotu z barbarzyńskich Bałkanów do cywilizowanej Europy. Przekonanie o europejskim rodowodzie Chorwatów zamieniono w postulat ostatecznego zerwania z Bałkanami i oczyszczenia się z kurzu po nieudanym – zakończonym agresją wojsk Jugosłowiańskiej Armii Ludowej – projekcie jugosłowiańskim.

Europę traktuje się tutaj zgodnie z powszechnym, acz uproszczonym obrazem jako Europę Zachodnią, która pokrywa się terytorialnie z zasięgiem cywilizacji łacińskiej (automatycznie ciśnie się na usta słynne zdanie Józefa Mianowskiego: „Tam kończy się Europa, gdzie kończy się łacina”). Taka koncepcja ma wśród Chorwatów wielu wyznawców. Nad Adriatykiem – podobnie zresztą jak nad Bałtykiem – podkreśla się wielowiekową przynależność do świata Zachodu. Wprawdzie na jego peryferiach, ale jednak w obrębie. Peryferyjność predestynuje do odpowiedzialnej roli pograniczników wraz z istotnym jej elementem: wyobrażeniem o przedmurzu chrześcijaństwa. Ważne jednak, że anachroniczny już dziś koncept antemurale miał nie tylko ostrze antyislamskie (wynikające z potrzeby obrony przed ówczesnym wrogiem chrześcijaństwa – Turcją osmańską), ale również w jakimś sensie antybizantyńskie, które w przypadku Chorwatów wykształci postawę nieufności wobec Serbów. Chciałoby się powiedzieć: nie „ex oriente”, lecz „ex occidente lux”.

Znakomitej większości nazw ulic w ścisłym centrum Zagrzebia patronują bohaterowie rodzimi, ale – wyjąwszy świętych katolickich w istocie bezpaństwowców – brak tu jakichkolwiek śladów kultury europejskiej. Napotykamy ledwie trzy ulice „europejskie”, ale o dziwo, wcale nie zachodnio-, lecz środkowoeuropejskie: Warszawską, Praską i Tomáša Masaryka, zresztą nieodległe od siebie (wyjątkiem jest niewielki Plac Brytyjski). Złudne byłoby jednak przekonanie, że droga Chorwacji do Europy – zarówno tej kulturowej, jak i politycznej – wiodła przez Czechy czy daleką Polskę. Wprawdzie polskim marzycielom o wiodącej roli naszego kraju w regionie postkomunistycznym mogło się tak wydawać w grudniu 2011 roku, kiedy Chorwacja podpisała traktat akcesyjny z Unią Europejską, a na czele wspólnoty stała wówczas Polska. Owszem stała, ale przypadkiem, zupełnie tak samo jak stoi turysta z pustym portfelem na dworcu kolejowym w Wiedniu, gdy nagle spada mu pod nogi banknot o nominale pięciuset euro. Zwykłe zrządzenie losu. Tak jak Polska nie odegrała – choć przecież mogła! – żadnej roli w integracji Chorwacji z UE, tak tym bardziej nie miała – bo mieć nie mogła! – żadnego wpływu na europeizację jej kultury Kultura ta bowiem w zupełnie inny sposób niż nasza jest zakorzeniona w Europie. Kształtuje ją nie tylko znany nam idiom środkowoeuropejski, ale także śródziemnomorski.

Zapewne właśnie z powodu tej podwójnej obecności pierwiastka europejskiego stosunek do Europy Środkowej jest w chorwackiej kulturze wyraźnie ambiwalentny. Chorwaci nie mają swojego barda Mitteleuropy w rodzaju Miłosza czy Kundery. Może właśnie dlatego Julian Kornhauser próbował wprowadzić nazwę Kleinmitteleuropa, która jednakowoż się nie przyjęła. Jednym z nielicznych pisarzy większego kalibru, który próbował zmierzyć się z Europą Środkową, był najważniejszy twórca XX wieku w Chorwacji – Miroslav Krleža. Choć wskrzeszał on ideę powołania Słowian do przezwyciężenia antytezy Bizancjum i Rzymu (w eseju Hrvatska književna laž [Chorwackie kłamstwo literackie] z 1919 r.), uwypuklając peryferyjne położenie Chorwacji zarówno w stosunku do Wschodu, jak i Zachodu, to jednak nie dowartościował Europy Środkowej. Jego wizja była druzgocąca, skrajnie zdeformowana przez dogmatyczny pacyfizm i natrętną krytykę tradycji formułowaną z perspektywy lewicowej. Jego atak na „agramerską” mentalność (Agram – po niemiecku Zagrzeb, tutaj: symbol prowincjonalności) brał się również z ogólnie krytycznego stosunku do Europy, ale trzeba powiedzieć, że Krleža był głęboko zanurzony w europejskości, choćby poprzez idiom modernistyczny. Inny znakomity pisarz, Ivan Slamnig, zasłużony badacz starej literatury, zarzucał chorwackiej kulturze – chyba jednak nazbyt przesadnie – że jest ona za bardzo wpatrzona w Europę Środkową, przez co zatraca swój kontakt ze Śródziemnomorzem. Slamnig pochodził z Dalmacji, więc trzeba go rozumieć. Nie chciał zamieniać błękitnego Adriatyku na panońskie błoto.

Rozdarcie kultury chorwackiej między dwa warianty europejskości, środkową i śródziemnomorską, jest w pejzażu wyobraźni zbiorowej elementem istotnym. Co równie ważne podkreślenia, komunizm wcale nie zbliżył Chorwacji do Europy Środkowej – do Kunderowskiego „Zachodu porwanego” – lecz ją od niej oddalił. Jakże odmienny był bowiem Titowski wariant komunizmu od tego pod butem Sowietów. Zdaniem Dubravki Ugrešić Europa Środkowa to konstrukcja artystyczna, której stworzenie „było uwarunkowane przede wszystkim sowietyzacją większości krajów bloku wschodniego”. Ponieważ jednak Jugosławia, a w niej Chorwacja, nie były częścią tego bloku, „jugo-pisarz nie skrył się na czas pod parasol Europy Środkowej. […] Jakże mógłby to zrobić, skoro od 1948 roku aż do teraz wychowywano go w przekonaniu, że my (my, Jugosłowianie) jesteśmy zupełnie inni niż oni (Czesi, Węgrzy Polacy…)”[1]. Więcej zbieżności między Jugosławią a krajami bloku wschodniego dostrzegała inna znana pisarka, Slavenka Drakulić. Trzeba jednak pamiętać, że orientacja środkowoeuropejska jest w kulturze chorwackiej zawsze ryzykowna. Oznacza bowiem zwrot ku Węgrom, a to właśnie Węgry – odwołując się do jedności dziedzictwa Królestwa Węgier, to jest Korony św. Stefana – aż do początku XX wieku stały na przeszkodzie w integracji narodowej Chorwatów.

Ten ambiwalentny stosunek Chorwacji do Europy Środkowej nie jest jednostronny. W Krakowie, Pradze czy Budapeszcie – wbrew koncepcjom wielu wpływowych historyków – Chorwację rzadko traktuje się jako państwo środkowoeuropejskie. Najczęściej jako bałkańskie, a to już kwalifikacja dla Chorwatów obelżywa. Chorwackie oczy były przez wieki wpatrzone w Rzym. Bizancjum i Stambuł wywoływały poczucie obcości, a nawet awersję. Zdarzenia ostatniej wojny – zwłaszcza nacjonalistyczna polityka prowadzona przez Slobodana Miloševicia pod hasłami obrony Jugosławii – jeszcze to spotęgowały. Ostateczne rozczarowanie Jugosławią doprowadziło do tego, że Serbów przedstawiano wówczas często jako prymitywne hordy ze Wschodu, a w cywilizowanym Zachodzie (ale jakże cynicznym!) szukano oparcia. Negatywny obraz Bałkanów utrwalony w stereotypowej wizji świata nie jest jednak wymysłem Chorwatów. Stworzyła go – o czym pisała Maria Todorova[2] – myśl zachodnioeuropejska zupełnie w taki sam sposób, w jaki ufundowała negatywny wizerunek Europy Wschodniej, o czym z kolei przekonywał Larry Wolff[3].

Ucieczkę z regionu przypisanego w stereotypie krajom Europy Środkowej traktuje się zatem priorytetowo: jako dowód na europejskość. Chorwaci uciekają z Bałkanów, Polacy z Europy Wschodniej. Oba narody łączy pełne rozczarowań doświadczenie historyczne. Mają głęboko zakorzenione przekonanie o swojej nieskazitelnej europejskości, choć ich pograniczny status rodzić musi postawy skrajne i ambiwalentne. Zdaniem Joanny Rapackiej stosunek Chorwatów do Europy „charakteryzował się mieszaniną podziwu, zawiści i goryczy, wyrażał kompleks odrzuconego dziecka, na dodatek nie całkiem pewnego legalności swej przynależności do europejskiej rodziny, wbrew własnym buńczucznym deklaracjom”[4].

Aby zaradzić pograniczności, europejskość należy wyolbrzymić i potraktować w kategoriach misji. Chorwaci muszą więc stać się najgorliwszymi wyrazicielami europejskości, aby wystarczająco wyraźnie odróżnić się od prawdziwych Bałkańczyków, czyli przede wszystkim od Serbów, których oskarża się przy okazji o bałkanizację chorwackiej kultury. Tak jak Polska kultura schroniła się pod parasolem konceptu Europy Środkowej, tak Chorwacja – nie, musiała więc wypracować odmienny mechanizm – antybałkanizmu. Jest to paradoksalny odruch kultury, bo przecież to ona sama w XIX wieku poszukiwała porozumienia z braćmi Serbami, kiedy Węgrów traktowano jako zagrożenie. Wówczas zwrócono się w stronę Bałkanów, aby wspólnie obalić ciemiężycieli. Kiedy postulowaną południowosłowiańską wspólnotę polityczną zrealizowano w 1918 roku, szybko okazało się, że nie spełnia ona oczekiwań. Serbowie – dominując niepodzielnie we wspólnym państwie – ujawnili swoje prawdziwe oblicze Bałkańczyków, a Chorwaci ponownie zaczęli poszukiwać korzeni w Europie. Wygrzebano wówczas z rezerwuaru legend pierwiastek zachodnioeuropejski, aby dowieść odmienności kulturowej. Zmiany takie – choć z opóźnieniem wynikającym z cyklów politycznych – odnotowała również architektura miasta Zagrzebia. Od 1866 do 1947 roku na głównym placu miasta stał pomnik bohatera narodowego bana Josipa Jelačicia, który podczas Wiosny Ludów stanął na czele wojsk tłumiących dążenia Węgrów, zagrażających swym nacjonalizmem chorwackiej racji stanu. Odlew generała wojsk cesarskich trzymał wówczas szablę skierowaną na północ – w stronę Węgier. W 1947 roku został przez komunistów usunięty z placu jako symbol znienawidzonych Habsburgów i ogólnie reakcji. Przywrócono go dopiero w 1990 roku, ale – zapewne nieprzypadkowo – postawiono odwrotnie niż wcześniej. Ostrze szabli jest do dzisiaj skierowane na południe, w stronę Bałkanów i Serbii. Węgrzy są obecnie europejskimi sprzymierzeńcami Chorwatów.

Szkicowe ujęcie autostereotypu Chorwatów o ich miejscu w Europie – z konieczności uproszczone – pokazuje powszechnie podzielane opinie zarówno przez elitę, jak i przeciętnych obywateli. Czy jednak Chorwaci mają rację, sytuując siebie naprawdę w Europie? Pytanie jest źle zadane. Możemy jedynie spekulować, w jaki sposób do niej przynależą.

Współczesna Republika Chorwacji obejmuje cztery krainy geograficzne: Chorwację północną wokół Zagrzebia, Slawonię (z dawnym Pograniczem Wojskowym), Dalmację i Istrię. A należy dodać, że każda z tych krain jest w szczegółowym oglądzie jeszcze bardziej zróżnicowana. W Dalmacji na przykład należy odróżnić Dubrownik – jeśli w ogóle uznaje się go za element regionu – od pozostałych jej części, wyspy od wybrzeża, miasta nabrzeżne od Dalmatyńskiej Zagory. Każdy podział to kolejne różnice obyczajowe, językowe czy odmienne tradycje literackie.

W 1102 roku wczesnośredniowieczne Królestwo Chorwacji – nieobejmujące jednakowoż wszystkich współczesnych ziem chorwackich – w jednym momencie zniknęło z mapy Europy i stało się częścią Królestwa Węgier. Unia stanów chorwackich z węgierskimi przesądziła o utracie suwerenności politycznej, choć w czasach rządów Arpadów, a następnie Andegawenów chorwackie rody szlacheckie i magnackie zachowały charakterystyczną dla porządku feudalnego podmiotowość w poszczególnych regionach. Sprawowały więc władzę nad niektórymi terytoriami, biorąc czynny udział w sporach dynastycznych i konfliktach międzynarodowych. Takie okoliczności uniemożliwiły wprawdzie powstanie jednolitej organizacji administracyjno-prawnej, która stałaby się kośćcem dla kultury o ujednoliconym pierwiastku narodowym, jednak szlachta zachowała pewne elementy własnej odrębności: sejm (sabor) czy urząd bana („wicekróla”). Staną się one w XIX wieku, czyli w okresie tak zwanego odrodzenia narodowego, istotnym elementem dla powstającego imaginarium kulturowego, a ich najbardziej syntetycznym modelem będzie konstrukt polityczno-prawny nazywany Królestwem Chorwacji, Slawonii i Dalmacji.

W wiekach następujących po tragicznej w skutkach umowie z Węgrami ziemie chorwackie znalazły się pod polityczną kontrolą różnych organizmów politycznych. O wybrzeże toczyły się bezustanne walki, aż do początku XV wieku, kiedy przypadło Wenecji; północą rządzili chorwaccy banowie jako namiestnicy władzy królewskiej i następnie cesarskiej, wschodem zaś (to jest Dalmacją kontynentalną i Slawonią) – Turcja osmańska. Każdy z protektorów, uznawanych powszechnie za ciemiężycieli, usankcjonował na zajmowanych przez siebie ziemiach odmienny model kulturowy, wynikający z lokalnych uwarunkowań i już istniejącej tradycji rodzimej. Odpowiednio: śródziemnomorski, środkowoeuropejski w wydaniu węgiersko-niemieckim (w ostateczności habsburskim) oraz bałkański z silnym akcentem tureckim i wpływem kultury serbskiej. Każdy z tych modeli, choć w innym wymiarze i w różnym stopniu, wpłynął na kształtowanie się kultury narodowej Chorwatów. Co istotne, we wszystkich tych regionach – jakby w enklawach – przez wieki będzie się rozwijało piśmiennictwo w dialektach chorwackich, odmiennych tak bardzo, że można je uznać za odrębne systemy językowe. Łączyła je jednak – choć tylko niektóre gatunki to odnotują – tematyka: zdarzenia ważne dla dziejów Chorwacji. W XVII wieku w środkowej części kraju, w grodzie magnackiego rodu Zrinskich – Ozalju, powstanie środowisko polityczne i literackie próbujące zjednoczyć te różne tradycje. Jego realizację przekreśli jednak podstępne ścięcie przez Habsburgów w 1671 roku dwóch przedstawicieli tego kręgu, Petara Zrinskiego i Frana Krsta Frankopana. Na zjednoczenie trzeba będzie poczekać dwa wieki.

W momencie gdy dochodzi do realnego ujednolicenia kultury chorwackiej na początku XIX stulecia jest ona wielojęzykowa i różnorodna. Każdy region niesie z sobą inny bagaż historyczny i inne tradycje, ku którym zawsze będzie ciążył. Wielokulturowość jest więc bogactwem niezaprzeczalnym, ale na tyle kruchym, że będzie czasem przyczyną lęku przed utratą jedności narodowej.

Najbardziej znaczący wkład epok minionych, do wieku XVIII, w kulturowe dziedzictwo chorwackie miał niewątpliwe dalmatyński pas nadbrzeżny. Trudno nawet mówić, że kultura śródziemnomorska przywędrowała do Dalmacji jak do Polski, ona tam była jako naturalne następstwo tradycji antycznej. Dalmacja, położona na wyciągnięcie ręki z Półwyspu Apenińskiego, stała się pierwszym obszarem słowiańskim objętym renesansem i humanizmem. Niektóre konwencje literackie, jak na przykład petrarkizm, przywędrowały tutaj nawet wcześniej niż do Francji. Trzeba przy tej okazji pamiętać o specyficznym modus vivendi tego regionu. Miasta dalmatyńskie istniały jeszcze przed pojawieniem się słowiańskich przodków Chorwatów. Z czasem przyjęli oni jednak dziedzictwo tych miast, powodując asymilację w ciągu wieków części dawnych mieszkańców romańskich. Jest to jedyny bodaj taki przypadek w dziejach Słowiańszczyzny, że stojącym kulturowo niżej Słowianom udało się tak skutecznie przejąć spuściznę po bogatszych cywilizacyjnie poprzednikach. Slawizacja nie zakwestionowała tożsamości miast, a Słowianie – którzy je kilkakrotnie burzyli – w końcu przejęli model rdzenny i narzucili mu nową, nieco zmodyfikowaną twarz. Obyczajowość miast dalmatyńskich niemal nie różniła się od obyczajowości po drugiej stronie Adriatyku. Jest to do dzisiaj obecne nie tylko w krajobrazie, ale również w kuchni, w życiu codziennym i architekturze.

Kultura miast chorwackich, zwłaszcza Dubrownika, Splitu czy Zadaru, jest głęboko zanurzona w odległej przeszłości. Niektóre zabytki mają tam po dwa tysiące lat, a wiele z nich to wzorcowe przykłady architektury antycznej, wczesnochrześcijańskiej czy renesansowej. Najlepsze realizacje włoskiego renesansu w Krakowie, choć nadzwyczajnie piękne, wydają się jakby były wyrwane ze swojego naturalnego otoczenia. Nie ma tu silnego słońca, nie ma ciepłego klimatu. W warunkach modelu śródziemnomorskiego rodziło się piśmiennictwo. Na chorwackim wybrzeżu pisano po łacinie, po włosku, w rodzimych dialektach romańskich i chorwackich. Większość słowiańskich pisarzy renesansowych była wychowywana co najmniej w dwujęzyczności, więc ich idiom wykształcił się jako naturalny, nigdzie indziej nieznany synkretyzm romańsko-słowiański. Nie bez znaczenia była również ciągłość elit miejskich, pełniących funkcję zarówno ekonomiczno-polityczną, jak i kulturotwórczą. W Dubrowniku, poza kilkoma wyjątkami, pisarzami byli patrycjusze należący do kilkunastu rodzin, które przez kilkaset lat sprawowały władzę.

Chorwacka północ, choć nigdy nie wyniosła swego języka jako tworzywa artystycznego na tak wysoki poziom, była również głęboko zanurzona w kulturze zachodniej, choć w jej środkowoeuropejskim wydaniu. W okolicach Zagrzebia osiedliła się południowochorwacka szlachta, która w XV i XVI wieku zbiegła przed Turkami, zachowując pamięć o średniowiecznym państwie i swoich przywilejach polityczno-prawnych. Substrat środkowoeuropejski spowodował, że na północy wytworzyła się kultura i obyczajowość dworska, charakterystyczna dla modelu szlachecko-chłopskiego, jakże innego niż miejskie środowisko patrycjuszowskie na wybrzeżu (wyjątkiem były nieliczne miasta, np. Zagrzeb czy Varaždin, w których dominującą rolę kulturotwórczą pełniło duchowieństwo). Północna szlachta wyrażała tożsamość chorwacką ze wszystkimi jej atrybutami, podczas gdy śródziemnomorskie ośrodki miejskie swój patriotyzm najczęściej ograniczały do murów civitas, pielęgnując jednakowoż legendy stanowe chorwackiego rycerstwa średniowiecznego. Ponieważ warstwie tej na północy groziła madziaryzacja (po części zresztą urzeczywistniona), a także ciągłe niebezpieczeństwo tureckie, całą energię twórczą skierowała ona na piśmiennictwo polityczno-prawne, religijne, językoznawcze i, co szczególnie istotne, historyczne. Choć więc chorwacką północ ominął idiom renesansowy, to literatura użytkowa w lokalnym dialekcie kajkawskim była funkcjonalnie bogata i umacniała przynależność do kultury zachodniej. Nieco inaczej rzecz się miała w sztokawskiej Slawonii, która do 1699 roku była okupowana przez Turcję. Dominujący tu pierwiastek ludowy został jednak szybko skonfrontowany z idiomem europejskim. Już na początku XVIII wieku franciszkanin Matija Katančić, sięgając po formułę klasycystyczną, otworzył ten region na Europę Zachodnią. Reszty dopełniła architektura barokowa. Slawonia z czasem została politycznie włączona do Chorwacji (wciąż w obrębie Królestwa Węgier), a wokół Zagrzebia powstał ośrodek polityczny zdolny w XIX wieku połączyć regiony uznawane za chorwackie.

Specyfiką modelu chorwackiego jest zatem dramatyczny podział na ośrodek polityczny (północny) i kulturalno-literacki (południowy). Zespolenie tej dwoistości w jedną całość wraz ze wszystkimi okolicznościami ich odmienności urzeczywistniło się w XIX wieku, jednak nigdy nie usunęło tej odmienności w cień. Południe na szczęście zostanie Południem, Północ zaś Północą.

W regionie północnym najdłużej w Europie zachowała się łacina jako język urzędowy, bo aż do połowy XIX wieku. Służyła jako oręż do walki najpierw z germanizacją, następnie z madziaryzacją. Wybieg ów okazał się na tyle skuteczny, że po odejściu łaciny gotowy był do użytku ujednolicony język chorwacki oparty na jednym z dialektów – sztokawskim (dialekty czakawski i kajkawski pozostały idiomami regionalnymi). Dialektem tym posługiwali się również Serbowie, co usankcjonowało orientację bałkańską kultury chorwackiej. Była ona zresztą naturalną konsekwencją działań Watykanu, który – zwłaszcza od czasów kontrreformacji – widział w Chorwatach narzędzie do prowadzenia polityki nawracania schizmatyków. Przyjęcie dialektu sztokawskiego jako podstawy języka literackiego było popieranym przez Kościół otwarciem się na Wschód. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie obecność kulturze chorwackiej – oprócz wspominanego już bytu politycznego Królestwa Chorwacji – konstruktu Królestwa Słowian lub Królestwa Wielkiej Ilirii. W przeciwieństwie do Królestwa Chorwacji nie miał on żadnego konkretnego desygnatu. Był z gruntu konstruktem mitycznym, na tyle jednak silnym, że zaprowadził chorwacką kulturę do wspólnego państwa z pozostałymi Słowianami Południowymi. Obie te koncepcje, Królestwa Chorwacji i Królestwa Słowian, współistniały, już to konkurując ze sobą, już to się uzupełniając. Aby jednak doszło do ich pełnej syntezy, konieczna była likwidacja napięcia między nimi, czego ostatecznie dokonał w XVIII wieku pisarz i historiograf z kręgu Zrinskich, Pavao Ritter Vitezović. Dziś wiemy, że projekt ów był tyleż nieudany, ile tragiczny w skutkach. Co więcej, błędna i utopijna – jak się dzisiaj twierdzi – idea jugosłowiańska, będąca naturalnym skutkiem tej syntezy, zaprowadziła Chorwację na Bałkany, czyli niezgodnie z jej prawdziwą twarzą europejską.

Idiom bałkański, wstydliwy i często przemilczany, współtworzy jednak bezsprzecznie mozaikę kultury chorwackiej. Wiąże się on z wpływem na nią wzorców orientalnych (przede wszystkim tureckich) oraz prawosławnych (przede wszystkim serbskich). Część ideologii chorwackich, w obawie przed bałkanizacją, zgodnie utożsamia z Bałkanami – jakże niesprawiedliwie i niesłusznie – wszystko, co niezachodnie, a więc serbskie i tureckie. Ten zabieg jest tak powszechny, że był nawet oficjalnie propagowany przez władze niepodległego państwa w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Nawet kultowe kino „Bałkany” w centrum Zagrzebia po upadku Jugosławii zmieniło nazwę na „Europa”. Większość podręczników szkolnych do historii czy języka chorwackiego podaje na wstępie kanoniczną formułkę: Chorwacja jest krajem śródziemnomorskim i środkowoeuropejskim. Bałkany symbolizują obcość i Wschód.

Rolę jednoczącą Słowian Południowych odegrał zasłużony dla chorwackiego piśmiennictwa zakon franciszkanów w Bośni – jedyny reprezentant Kościoła katolickiego na tym obszarze w czasie okupacji tureckiej. Choć nie zrealizował on zakładanego przez Watykan prozelityzmu, to jednak upowszechniał w osmańskiej Bośni zachodni idiom kulturowy i piśmiennictwo katolickie. Nie było ono wysokich lotów, bo przede wszystkim skierowane do ludu, ale zapuściło w tej nieprzystępnej i niejednorodnej ziemi swoje łacińskie korzenie. Z kultury katolickiej, jakże mocno przesiąkniętej pierwiastkiem franciszkańskim, wyrósł noblista Ivo Andrić. Byli więc franciszkanie chorwackim – i ogólnie zachodnim – mostem na Bałkany, a jednocześnie, chcąc nie chcąc, wprowadzili do jej kultury elementy orientalne i prawosławne. Literatura popularna katolickich Chorwatów powstała przede wszystkim na terytorium sztokawskim, gdzie bezpośrednio stykali się oni z wyznawcami innych konfesji. Jest więc bliska kulturze serbskiej, zarówno tematycznie, jak i formalnie. Joanna Rapacka twierdzi nawet, że to właśnie ten typ piśmiennictwa – czerpiący z wzorców ludowych – był jedynym idiomem łączącym wszystkie ziemie chorwackie aż do XIX wieku[5]. Ivan Meštrović, wybitny chorwacki rzeźbiarz urodzony pod koniec tegoż stulecia, powtarzał, że w jego domu rodzinnym śpiewano pieśni ludowe o serbskich bohaterach. Eksponowanie idiomu ludowego zarzucali mu prawdziwi Europejczycy, idiomu serbskiego zaś prawdziwi Chorwaci. Często były to te same osoby. Bo europejskość jest tutaj synonimem chorwackości.

Tenże właśnie pierwiastek ludowy – dzisiaj wywołujący zakłopotanie – zdominował chorwacką kulturę w latach trzydziestych XIX wieku, kiedy dokonywano jej kodyfikacji. Integracja Chorwatów miała wyrosnąć z mitu o istnieniu dawniejszej wspólnoty słowiańskiej. Wyidealizowana wizja wspólnego pnia językowo-etnicznego Słowian wzięła chwilowo górę nad realnymi różnicami cywilizacyjnymi, wynikającymi z przynależności do dwóch odmiennych kultur – Wschodu i Zachodu. W rezultacie, w głównym nurcie odrodzenia narodowego, nazywanego iliryzmem, wyrósł silny słowianofilski kod o wyraźnych cechach antyzachodnich. Ten paradoksalny odruch kultury, bo przecież pojawiający się po setkach lat przynależności do Slavia Romana, wyłonił się jako naturalny skutek przyjęcia Herderowskiej koncepcji Słowiańszczyzny, na której oparto ideologię zjednoczenia. Kultura słowiańska, w tym ujęciu czysta i idylliczna, pojawiła się jako antyteza zgniłego Zachodu, prawosławie zaś przedstawiano niejednokrotnie jako utracony ideał, do którego należy powrócić. Przesyt kulturą zachodnią i zachłyśnięcie się ludowością jako emanacją słowiańskości – fenomen określany przez Marię Bobrownicką mianem „narkotyku mitu” – był jednak tylko chwilowy. Kultura chorwacka szybko zmodyfikowała swój światopogląd i pojawiła się pod postacią jugoslawizmu – koncepcji nadal wspólnotowej, ale dążącej do zjednoczenia Słowian Południowych w ramach unii kościelnej. Tym sposobem silny okcydentalizm, wraz z tradycją łacińską, pozostał fundamentem chorwackości, ale jednocześnie nie zakwestionował orientacji słowiańskiej. Nic więc dziwnego, że dla Serbów działalność chorwackich jugoslawistów, w tym znanego biskupa Josipa Juraja Strossmayera, była jedynie innym kostiumem chorwackiego klerykalnego nacjonalizmu. Niechęć do Chorwatów umocniła Chorwacka Partia Prawa, z jej przywódcą Antem Starčeviciem na czele, który nie ukrywał radykalnego antyserbizmu i zakwestionował orientację ogólnosłowiańską, podkreślając czynnik niepodległościowy, czysto chorwacki. Toteż w repertuarze ideologemów nowoczesnego narodu usankcjonował się pierwiastek państwowotwórczy, pochodzący z tradycji państwa stanowego. Dokonała się w ten sposób synteza idiomu szlacheckiego z idiomem ludowym, współegzystujących dotąd obok siebie.

Nie może więc dziwić, że w czasach komunistycznej Jugosławii pierwiastek ludowy patronował zjednoczeniu serbsko-chorwackiemu, kwestionując przy tym – jak choćby w czasach realizmu socjalistycznego – kulturę elitarną (uznawaną często za przejaw mentalności burżuazyjnej). W modelu jugosłowiańskim nie chodziło więc tylko o propagandę sławiącą ideologem rewolucji ludowej, ale również o poszukiwanie porozumienia chorwacko-serbskiego. Wystarczyło zatem spotęgować rolę folkloru w kulturze chorwackiej, aby ją zbliżyć do serbskiej. Kod ludowy stał się idealnym mechanizmem umożliwiającym propagowanie zarówno komunizmu, jak i jugoslawizmu. Ogłoszenie niepodległości i wystąpienie Chorwacji z Jugosławii w latach dziewięćdziesiątych XX wieku – z jakże gwałtownymi i dramatycznymi konsekwencjami – wywołało zatem z rezerwuaru kulturowego naturalne antidotum, czyli dyskurs proeuropejski i, w tych warunkach, antyludowy. Ludowość, zwłaszcza jej odmiana uznawana za wschodnią, oznaczała bowiem serbskość. Nie wszyscy jednak podzielali konieczność oczyszczania kultury z bałkańskiego pyłu. Ivan Lovrenović na przykład, Chorwat z Sarajewa, propagator idei o odrębnej mikrotożsamości bośniackich Chorwatów, twierdził ze zgrozą, że chorwacka kultura jest opętana „ideą fikcyjnej czystości”[6]. Zauważył także pewną niekonsekwencję. W latach dziewięćdziesiątych, gdy chorwackie siły zbrojne próbowały podporządkować sobie część Bośni i Hercegowiny, ideologia państwowa wyrażała pogardę dla kultury bałkańskiej, tej samej, do której – jego zdaniem – bośniaccy Chorwaci bezsprzecznie przynależą.

Pomimo tych dylematów różne warianty europeizacji chorwackości nie wykształciły silnego poglądu antysłowiańskiego, takiego chociażby jak w Polsce. Nad polską rusofobią – obracającą w perzynę marzenia o zjednoczeniu Słowian – ubolewali w XIX wieku chorwaccy słowianofile, jak na przykład biskup Strossmayer, który powiadał „Polacy to Polacy. Najmniej Słowianie”.

Pomimo rozczarowania Jugosławią, słowiańskość jest podskórnie obecna w Chorwacji, ale towarzyszy jej dyskurs antybałkański, który nie bytuje bynajmniej na peryferiach kultury, lecz przybiera różne kostiumy. W obrębie niektórych kodów konserwatywnych jest jaskrawo wyostrzony lub jak w lewicowych – zakamuflowany racjonalistycznym sloganem. Zawsze jednak formułowanym z poczuciem wyższości charakterystycznym dla rodowodu zachodniego. Sama kultura ludowa w różnych formach, takich jak przede wszystkim muzyka popularna – uznawana za nieeuropejską – wędruje wbrew postulatom europeizacji po byłej Jugosławii jak niegdyś sztafeta dla Tity w Dzień Młodości. Kultura masowa jest więc polem, często wstydliwie ukrywanym, na którym spotykają się z całą jaskrawością podobieństwa kodów kulturowych.

Chorwacka kultura powstała na pograniczu różnych cywilizacji, grup etnicznych i w obrębie różnych bytów politycznych. Złudne podobieństwo do kultury polskiej może jednak prowadzić do niewłaściwych wniosków natury ogólnej. Zdaniem Witolda Gombrowicza Polska to „kraj pomiędzy Wschodem a Zachodem, gdzie Europa już poczyna się wykańczać, kraj przejściowy, gdzie Wschód i Zachód wzajemnie się osłabiają. Kraj przeto formy osłabionej… Żaden z wielkich procesów kultury europejskiej nie przeorał tak naprawdę Polski, ani renesans, ani religijne walki, ani rewolucja francuska, ani rewolucja przemysłowa; tu tylko złagodzone echa dochodziły”[7]. Choć i Chorwacja to kraj między Wschodem i Zachodem, jest to inny Wschód i inny Zachód, a w następstwie inny jest przejściowy charakter modelu chorwackiego. Kultura chorwacka kształtowała się pod bezpośrednim wpływem modelu śródziemnomorskiego i niektóre jej obszary w pełni doświadczyły renesansu. Co więcej, jest ona znacząco bardziej niejednorodna od polskiej, a wynika to także – choć nie jedynie – z braku długotrwałej organizacji państwowej na tych terenach o wyraźnie narodowym mianowniku. Jakże więc zaskakujące z polskiej perspektywy muszą się wydawać fobie chorwackiej kultury przed zagrożeniem italianizacją czy madziaryzacją. Również katolicyzm chorwacki jest odmienny od polskiego. Na ziemi chorwackiej więc bardziej swojsko niż na polskiej zabrzmi formuła Zbigniewa Herberta „Ja jestem rzymski katolik, ale bardziej rzymski niż katolik”[8].

***

[1]Dubravka Ugrešić, Kultura kłamstwa, tłum. Dorota Jovanka Ćirlić, Wrocław 1998, s. 210.

[2]Maria Todorova, Bałkany wyobrażone, tłum. Piotr Szymor, Magdalena Budzyńska, Wołowiec 2008.

[3]Larry Wolff, Inventing Eastern Europe. The Map of Civilisation on the Mind of teh Enlightenment, Chicago 1994.

[4]Joanna Rapacka, Śródziemnomorze, Europa Środkowa, Bałkany, Kraków 2002, s. 371.

[5]J. Rapacka, op. cit.

[6]Ivan Lovrenović, Bosanski Hrvati. Esej o agoniji jedne evropsko-orijentalne mikrokulture, Zagreb 2002.

[7]Witold Gombrowicz, Testament, Warszawa 1990, s. 26.

[8]Jacek Trznadel, Hańba domowa. Rozmowy z pisarzami, Lublin 1990.

O autorach

Maciej Czerwiński

Filolog slawista, tłumacz, krytyk literacki, pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się językami, kulturami i literaturami byłej Jugosławii, a także pograniczem teorii języka i literatury, w tym problematyką dyskursu historycznego. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, gdzie w 2004 roku zdobył tytuł doktora nauk humanistycznych. Część studiów doktoranckich odbył na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Yale w USA, gdzie pełnił funkcję Visiting Assistant in Research (2003). Ostatnio opublikował książki: Semioza gatunku – semioza stylu (2011) i Semiotyka dyskursu historycznego. Znaki i kody w chorwackiej i serbskiej syntezie dziejów narodu (2012). Artykuły publikował w „Studiach z Filologii Polskiej i Słowiańskiej”, „Pamiętniku Literackim”, „Pamiętniku Słowiańskim”, „Stylistyce” oraz w licznych czasopismach południowosłowiańskich. Publicystykę i krytykę literacką zamieszczał w „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku” i „Dwutygodniku”. Współredagował dwujęzyczny reprint albumu z 1881 roku Kraków Zagrzebiowi (2011). Jest członkiem redakcji chorwackiego czasopisma filologicznego „Fluminensia”.

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Copyright © Herito 2020