Symbole i kalki

O sztuce, której tu nie było

Publikacja: 22 czerwca 2021

NR 1 2010

TAGI DO ARTYKUŁU

DO LISTY ARTYKUŁÓW

„Jeśli przybysz z radością rozpozna tu formy znane z własnej ziemi, będzie to sprawą na wskroś pozytywną. Gorzej natomiast, gdy będzie próbował uczynić z tego argument polityczny na aktualne potrzeby. Sztuka jako rzekomy dowód politycznych programów stała się niepokojąco częstym zjawiskiem totalitaryzmów XX wieku”. Tę przestrogę, zanotowaną przez profesor Ewę Chojecką we wstępie do Sztuki Górnego Śląska, odnieść można do wielu regionów Europy Środkowej. Tym bardziej jako cenne jawi się doświadczenie katowickich badaczy, pokazujące, w jaki sposób obraz regionu i powstającej tam sztuki wydobyć spomiędzy krzywych luster nacjonalizmów i stereotypów.

Łukasz Galusek: Gdy zaczynała pani pracę w Katowicach, to, przywołam pani słowa, „XIX i XX wiek były białymi plamami, nie wiedziano, co tu, na Górnym Śląsku, jest wartościowego”. W roku 2009 ukazało się drugie już wydanie imponującej Sztuki Górnego Śląska pod pani redakcją. Chciałbym zapytać o drogę pomiędzy tymi dwoma punktami.

Ewa Chojecka: Książka jest dziełem zespołowym pracowników Zakładu Historii Sztuki Uniwersytetu Śląskiego, którzy we wczesnych latach osiemdziesiątych zjawili się w Katowicach z niepokojącą myślą: „No dobrze, ale co ja tu będę robić? Tu przecież sztuki nie ma”. I okazało się, że nasze odczytywanie spuścizny artystycznej regionu zbiegło się z wielkimi przemianami metodologicznymi historii sztuki, która otworzyła się na dziedzictwo XIX wieku i na sprawy wieku XX. Proszę zwrócić uwagę, że w zacnym Katalogu Zabytków Sztuki w Polsce, wydawanym przez Polską Akademię Nauk, zapis dzieł programowo kończył się w najlepszym wypadku na połowie XIX wieku. Historyzmu w ogóle nie uwzględniano, jeśli już to późny klasycyzm. Tymczasem na Śląsku właśnie wtedy wszystko się zaczyna. Toteż większość tutejszej substancji nie została nawet zauważona. Dotyczy to takich obiektów jak chociażby rezydencje. Okazało się, że mamy wspaniały historyzm, który żywiony inspiracjami francuskimi, schinklowskimi – słowem: europejski – zaowocował całą serią świetnych rozwiązań architektonicznych, tyle że objętych później anatemą „to jest pruskie”, więc nie należy się tym interesować.

Dodajmy jeszcze politykę, w tym wypadku wytyczne, czym mają zajmować się badacze. Musieliśmy tę doktrynę ominąć. Zdecydowaliśmy się przyjąć zupełnie inne kryterium – czy to jest dobra sztuka, czy nie. Na dodatek bez oglądania się na genezę narodową. Okazało się, że obraliśmy właściwą drogę. Z czasem ujawniły się elementy wcześniej niedostrzegane, przykryte kożuchem propagandowym, spod którego nie wyzierała nawet odrobina autentycznej wartości tutejszych dzieł.

Istniał też stereotyp dotyczący architektury przemysłowej, którą jeszcze do niedawna uważano za budownictwo wyłącznie użytkowe. To zresztą osobny wielki temat, zwłaszcza na Górnym Śląsku. Wydaje mi się, że niemal do rangi symbolu urasta budowa nowej siedziby Muzeum Śląskiego w Katowicach – obiekt nie tylko powstaje na terenie dawnej kopalni, ale wciela budynki kopalniane do nowego założenia architektonicznego. Cieszę się z tej nowej wrażliwości.

Ł.G.: Przełom roku 1989 dał możliwość „myślenia regionami” jako antidotum na centralizację i dekretowanie odgórne, czego jednym z przejawów były wytyczne badawcze, o których Pani wspominała. Myślę jednak, że chodziło o coś jeszcze – o drogę do upodmiotowienia. Docenienia tego, co nie mieściło się w uprzednio obowiązującym kanonie.

E.C.: To nie dotyczy tylko Śląska, lecz właściwie każdego regionu. Niestety nadal myślimy w kategoriach centralistycznych. Władze ciągle obawiają się, że umknie im część uprawnień decyzyjnych, choć nie wiem, skąd takie przeświadczenie. Ubolewam, że regionalizmy służą zazwyczaj do antagonizowania ludzi. Również temu przyszło nam się przeciwstawić. I nagle mieszkańcy Śląska zobaczyli, że nie jest on pustynią, gdzie wyłącznie kopie się węgiel. Dzięki sztuce, której rzekomo tu nie było, zostali dowartościowani, zyskali poczucie, że tutejsza gleba kulturowa ma bardzo specyficzny charakter i że oni sami uczestniczą w jego odczytywaniu.

Zaskoczyło mnie, że Sztuka Górnego Śląska funkcjonuje jako podręcznik do historii, do czego nie jest przecież przewidziana, ale cóż, skoro innego nie ma. Widać w dalszym ciągu edukacja regionalna u nas niedomaga.

Ł.G.: Jak wyglądała sama praca nad książką?

E.C.: Nie było łatwo. Po pierwsze – problem wyboru, niekiedy bardzo bolesny, czyli jakie obiekty odrzucić, bo przecież trzeba zachować rozsądną objętość. Po drugie – skromny budżet. Grant Komitetu Badań Naukowych starczył na przejazdy, filmy do aparatów, noclegi. Muzeum Śląskie, wydawca książki, też musiało najpierw zdobyć fundusze na papier, druk, kwestie wydawnicze. Ale kierowało nami coś dużo ważniejszego – wielkie zamiłowanie do tematu, do pracy badawczej. To jest pewien dar, który sprawia, że tę pracę traktujemy jako powołanie, a wtedy żaden wysiłek nie wydaje się zbyt duży.

Powiedzieliśmy sobie: nie ma rady, trzeba objechać teren. Chodziło o doświadczenie obiektu in situ, żeby mieć w oczach całość, jak ona naprawdę wygląda. Robiliśmy seminaria na miejscu, we czwórkę: panie Irma Kozina i Barbara Szczypka-Gwiazda, pan Jerzy Gorzelik i ja. Dyskutowaliśmy, bo właściwie nie mieliśmy żadnych materiałów pomocniczych, działaliśmy w pustce inwentaryzacyjnej.

Ł.G.: Co więcej, obszar państwa zainteresowań jest transgraniczny, bo obejmuje także Śląsk Czeski.

E.C.: Do tego dochodzą niuanse takie jak specyfika Śląska Austriackiego, na południu, i Pruskiego, na północy. Kto je dziś jeszcze odróżnia?! Dopiero zamieszczając mapki, byliśmy w stanie jakoś te kwestie pokazać, opowiedzieć, bo historycznego Śląska nie da się zamknąć w jednym kraju.

Niestety, wcześniej granica była barierą nie do pokonania, stąd nasza znikoma wiedza o dziedzictwie Śląska Czeskiego. Tymczasem mamy tu do czynienia z prawdziwą Europą Środkową – obszarem właściwie międzynarodowym. A jak dziwnie zmieniały się te granice! Najpierw Piastowie, ale jako lennicy czescy. Bliżej im było do Pragi niż do Krakowa. Potem rządy habsburskie, by po wojnach śląskich ustalił się podział na monarchię austro-węgierską (owo południe) i Królestwo Pruskie, wkrótce cesarstwo Hohenzollernów (wspomniana północ). Wreszcie wiek XX – istna scena obrotowa – podziały po pierwszej wojnie światowej, konflikt z Czechosłowacją, z Republiką Weimarską, dramat Trzeciej Rzeszy, Jałta. Jak z tej przedziwnej układanki ułożyć koherentną całość, niech mi pan powie?

Doszliśmy do wniosku, że jedynym sposobem jest traktowanie dzieła sztuki suwerennie. Jako wartość samą w sobie. Coś, co istnieje niezależnie od organizmu politycznego i historycznych okoliczności. Sine ira et studio – taką obraliśmy dewizę i wyłonił się nam przebogaty krajobraz kulturowy – i czeski, i niemiecki, i polski.

Ł.G.: Cofnijmy się jednak do początku pani drogi naukowej. Jakich miała pani mistrzów?

E.C.: Zaczęłam studiować historię sztuki w roku 1950, w bardzo trudnym okresie stalinizmu i równocześnie materialnego niedostatku. Historia sztuki była enklawą swobody, bo uważano, że to przedmiot dla pięknoduchów, którymi nie warto zaprzątać sobie uwagi.

W polu moich ówczesnych zainteresowań naukowych znajdowały się grafika, książka, ilustracja; sztuka późnego średniowiecza i renesansu. Tym się zajmowałam w Muzeum Uniwersytetu Jagiellońskiego, a następnie w Instytucie Historii Sztuki UJ. Aż pojawiła się szansa, aby stanąć do konkursu na wyjazd zagraniczny w ramach stypendium Fundacji Forda. Na tamte czasy rzecz nieprawdopodobna, nie tak jak dzisiaj. I przyznano mi roczne stypendium w Anglii, w Instytucie Warburga. Odebrawszy podstawy wykształcenia w mojej dziedzinie na Uniwersytecie Jagiellońskim – magisterium, doktorat – europejską perspektywę historii sztuki zyskałam właśnie tam. Najwięcej zawdzięczam Ernstowi Gombrichowi, dyrektorowi instytutu. Ten uroczy pan, pochodzący z Wiednia, skąd musiał uchodzić w 1938 roku do Anglii, wrósł w kulturę angielską. Mówił przepiękną angielszczyzną z przemiłym wiedeńskim akcentem. On otworzył mi oczy na sprawy psychologii sztuki, u nas zupełnie jeszcze nieznane. Właśnie pracował nad Sztuką i złudzeniem (Art and illusion)[1] oraz Zmysłem porządku (The sense of order) na temat psychologii ornamentu[2]. Warstwa ikonologiczna, którą wypracował Aby Warburg, została wzbogacona przez swego rodzaju drugie piętro, czyli Gombrichowskie rozumienie odbioru dzieła sztuki przez pryzmat jednostki i jej wrażliwości, uwarunkowanej kulturowo, historycznie i pod wieloma innymi względami.

Do Instytutu Warburga, który przyjmował przybyszów z Europy Wschodniej niesłychanie gościnnie i serdecznie, przybyłam pełna obaw, żeby nie powiedzieć: wystraszona, jak tam będzie. Okazało się, że potraktowano mnie jak młodszą koleżankę – partnera do rozmowy, co mnie wtedy niezmiernie onieśmielało, wszak w Polsce było to nie do pomyślenia. Właśnie podejście do młodego człowieka bez feudalnego dystansu wspominam z największą wdzięcznością. Doświadczenie Uniwersytetu Londyńskiego to mój wielki skarb, z którego czerpię do dziś.

Ł.G.: Z Londynu wróciła Pani do swoich zajęć w Krakowie. A skąd Katowice?

E.C.: Po zdobyciu habilitacji otworzyła się dla mnie możliwość samodzielnej pracy naukowej w Katowicach. Skok na głęboką wodę, ale zaryzykowałam. Był rok 1977. Utkwiła mi w pamięci z pozoru błaha scenka. Idę do rektoratu, żeby złożyć stosowne dokumenty. Zaczepia mnie pani urzędniczka i powiada z charakterystycznym akcentem: „Pani docent, przyniosła pani te papiery?”. Tylko tu tak specyficznie i z uśmiechem intonuje się zdania. Raptem uświadomiłam sobie: „Ewo Chojecka, jesteś w domu”. Wkrótce dowiedziałam się, że od pewnego czasu na mój temat plotkowano, jak to zwykle, gdy przyjdzie ktoś nowy. I te Ślązoki mówiły między sobą: „Ta Chojecka, wiecie, ona jest tutejsza” (śmiech). Taka forma akceptacji. Zabawne, jak czasem drobiazg zawiera klimat sprawy, choć wpierw tego nie pojmujemy.

A potem przyszła ciężka praca, bo musiałam przemeblować całkowicie mój warsztat badawczy, wszystko. Zająć się czymś zupełnie innym niż dotychczas. Tym, co zastałam. I tak zaczęła się cała przygoda. Czy nie był to dobry pomysł, żeby przyjść do Katowic?

Ł.G.: Pani działania wykraczały jednak znacznie poza gabinet naukowca.

E.C.: Cieszę się, że zaszczepiliśmy w Katowicach historię sztuki, i to na zupełnie surowym korzeniu, ale udało się także zrobić jeszcze jedną ważną rzecz – dokonać restytucji Muzeum Śląskiego, zburzonego podczas wojny i zapomnianego prawie zupełnie. O to zaczęliśmy zabiegać w latach 1979, 1980, za pierwszej Solidarności. Powołanie Zakładu Historii Sztuki i otwarcie Oddziału Górnośląskiego Stowarzyszenia Historyków Sztuki dały początek formowaniu się tutejszego środowiska zawodowego, zdolnego formułować opinie, prowadzić debatę i w ten sposób domagać się różnych zmian. Na tyle skutecznie, że w 1984 roku muzeum zostało restytuowane. Czas tuż po stanie wojennym, bieda, zapaść gospodarcza i w tym najmniej korzystnym, zdawałoby się, momencie muzeum ponownie zaistniało w kulturalnym krwiobiegu regionu. Przezabawne, ale kiedy zdarza mi się przechodzić katowicką aleją Korfantego, bywa, że zaczepiam młodych ludzi z prowokacyjnym pytaniem: „Przepraszam, Muzeum Śląskie to jest w tym budynku?”. „Tak, tak, ono tu zawsze było” – odpowiadają ku mojej wielkiej radości. Czyż nie tak powinno już być?

Ł.G.: W kontekście muzeum wspomnieć należy o jego twórcy, profesorze Tadeuszu Dobrowolskim, w którego seminariach uczestniczyła pani w Krakowie jako studentka.

E.C.: Muzeum było dziełem jego życia. Kiedy przyjechał tu po wojnie, aby je odbudowywać, uznano go za łagodnego maniaka i odprawiono z kwitkiem. W Krakowie ani słowem nie wspominał o swoim okresie katowickim, nigdy nie mówił o Muzeum Śląskim, nazwa Katowice nawet nie padała. Strach przed jakąś polityczną komplikacją zamknął mu usta. Muzeum było wizytówką Polski sanacyjnej, uosabianej postacią wojewody Michała Grażyńskiego. I tu dotykamy problemu zanegowania przez PRL dorobku cywilizacyjnego i kulturowego Drugiej Rzeczypospolitej, kwestii autonomicznego województwa śląskiego. Jego dorobek kulturowy był znaczący. Choćby w architekturze – Zamek Prezydenta RP w Wiśle, moderna katowicka, nie mówiąc o siedzibie samego muzeum. W województwie śląskim postawiono na nowoczesność w stopniu bezprecedensowym, co czasy powojenne objęły nakazem milczenia. Wraz z kolegami z zakładu dokładaliśmy wielu starań, aby nie tylko przywrócić pamięć o śląskiej działalności profesora Dobrowolskiego, ale też odbudować świadomość nowoczesnego międzywojnia.

Taki był początek, a czas pokazał, że tematów trudnych, z którymi trzeba się zmierzyć, nie brakuje. Przecież spuścizna PRL-u też nie jest rozdziałem czarno-białym. Weźmy znów architekturę, której tutaj nie da się wrzucić do worka kiepskiego „socu”. Katowickiego Spodka czy osiedli Henryka Buszki i Aleksandra Franty nie sposób zaliczyć do socjalistycznej sztampy. A środowisko plastyków? Grupa ST-53 i artyści działający tu po 1953 roku? Znowu uogólnienia zawodzą.

Ł.G.: Widocznie górnośląską specjalnością są dzieła nieprzystające do jednej tradycji.

E.C.: Tutejsze środowisko cechuje pewien instynkt nowoczesności. Co więcej, daje on znać o sobie nawet w niesprzyjających okolicznościach. Orientacja na nowoczesność zaczęła się już około 1890 roku. Zjawił się tu na przykład Hans Poelzig, by tworzyć świetną architekturę przemysłową. A Emil i Georg Zillmannowie z Giszowcem i Nikiszowcem? Obecnie obserwuje się nawet swoisty snobizm, by mieszkać w Nikiszu (śmiech).

Krajobraz z czasem się zagęszczał, powstała całość różnorodna, ale też bardzo złożona, wielowarstwowa… i bardzo serdeczna. Na dawnym Śląsku Austriackim czuć jeszcze ten wiedeński fleur, na północy – schinklowską nutę. A między nimi lasy pszczyńskie z zamkiem Promnitzów i Hochbergami w samej Pszczynie. Ci ostatni byli właścicielami ziemskimi obdarzonymi takim właśnie instynktem nowoczesności. Wyczuli, że oto nadchodzi epoka, kiedy trzeba się przestawić na industrializację, przemysł, górnictwo, co też uczynili. Źródłem ich fortuny były już nie pszczyńskie lasy, lecz wielki przemysł – kopalnie, huty – nowoczesna struktura gospodarcza, którą tworzyli w okolicy Katowic. A nie należeli do wyjątków – podobnie postąpili przecież Henckelowie von Donnersmarck – w obydwu liniach, zarówno protestanckiej, jak i katolickiej, Tiele-Wincklerowie czy Giesche. Tworzyli oni zręby wielkiego przemysłu Gliwic, Zabrza, Bytomia. Dziś ten rozdział zamykamy. Nie oznacza to bynajmniej scedowania automatycznie na historyków wszystkich zagadnień wiążących Górny Śląsk z podobnymi miejscami w Europie – Westfalią, Zagłębiem Ruhry. Przeciwnie. To, co dzieje się w Essen w Zollverein, kompleksie poprzemysłowym uznanym za światowe dziedzictwo UNESCO, a w tym roku uhonorowanym ponadto tytułem Europejskiej Stolicy Kultury, otwiera pole dla nowych fascynujących pomysłów, stawia pytanie o przyszłość. Turystyka zabytków poprzemysłowych? Jak najbardziej! Proszę pojechać do zabrzańskiej Kopalni Guido, to jest niezwykłe przeżycie. Albo Kopalnia Królowa Luiza, proszę spytać w Polsce kogoś, kim była królowa Luiza – konia z rzędem temu, kto będzie wiedział (śmiech)! Oto nowa perspektywa, nowe postrzeganie dziedzictwa poprzemysłowego, w którym dawna wieża wodna, pięknie i solidnie zbudowana, zamienia się w lofty, a kopalniana wieża wyciągowa jest znakiem rozpoznawczym Muzeum Śląskiego. Przeobrażenie znanych i dobrze rozpoznawalnych form przestrzennych w nowej funkcji i nowym wyrazie treściowym. A kompleks Silesia City Center? Komercja, która też wchodzi na tereny pokopalniane i przekształca je po swojemu. A symbolika hałdy, familoka, o których dużo by mówić – temat zarówno literacki, jak i przestrzenny. No i malarstwo! Katastroficzne wizje Bronisława Linkego, industrialne pejzaże Rafała Malczewskiego, a zaraz dalej sztuka artystów z Janowa czy w końcu Jerzego Dudy-Gracza. Długo by mówić, tylko że to są tematy trudne. I nie mieszczą się w stylistce Wesela Wyspiańskiego.

Ł.G.: Poruszamy się w domenie dość nieoczywistej i dlatego często musiała pani objaśniać, na czym polega kulturowa odmienność Górnego Śląska. „Z perspektywy polskich imponderabiliów – pisała pani – Śląsk nie jest mitogenny”.

E.C.: Śląskowi trzeba przywrócić tożsamość. To, owszem, budzi obawy, bo nikt do końca nie wie, jak to zrobić. Sama nie znam recepty.

Weźmy taki Bruntál w części Śląska, która dziś leży w Republice Czeskiej, miasto renesansowe ze ślicznym zamkiem – krzyżackim, z czasów po bitwie pod Grunwaldem! Oni się tam świetnie mieli. (Przetrwali zresztą do 1945 roku). Byli zakonem takim jak kawalerowie maltańscy, arystokratyczno-snobistycznym, oddanym działalności dobroczynnej, bardzo zresztą skutecznej. Wśród wielkich mistrzów spotkamy nawet arcyksiążąt habsburskich, o czym w Polsce się nie pamięta, bo dzieje Krzyżaków kończą się na hołdzie pruskim – to jest kolejny nasz stereotyp. Tymczasem w państwie habsburskim działali oni nadal. (Z czasem część przeszła na protestantyzm, ale to już osobna historia). I nie sposób odmówić im zasług. Tyle że nasze stereotypy historyczne nie raczą nam o tym opowiedzieć.

Ł.G.: Próżno rozglądać się tu za tradycyjnym dworkiem szlacheckim – żadnych sarmackich tęsknot. Natkniemy się za to, znów odwołam się do architektury, na twórców rangi europejskiej, jeśli nie światowej. Pani już wspomniała Hansa Poelziga, a ja dodałbym Ericha Mendelsohna, Brunona Tauta, Maksa Fabianiego, którzy tu tworzyli. Ślązakami byli także Joseph Maria Olbrich czy Leopold Bauer. Jak radzić sobie w takim dwubiegunowym układzie – swoje i obce? Nikt przecież nie chce czuć się nieswojo u siebie.

E.C.: Sądzę, że Wrocław dał lekcję znakomitą, w jaki sposób asymiluje i inkorporuje się to „obce” dziedzictwo. Wrocław (Breslau) jako miasto praktycznie przestał istnieć w 1945 roku, rodzimych mieszkańców nie było, przybyła nowa ludność ze Wschodu, lwowiacy, niedobitki, które uciekły z rzezi wołyńskiej, ludzie Kresów, którzy mieli w sobie mentalność pionierów. I co się stało w drugim pokoleniu? Dyskutowałam kiedyś z młodymi wrocławianami o architekturze klasycyzmu wrocławskiego (pierwsza połowa XIX wieku). W pewnym momencie rozmowa zeszła na Carla Gottharda Langhansa i pewien młody architekt powiada tak: „Ten nasz Langhans”. Ten nasz Langhans! Twórca berlińskiej Bramy Brandenburskiej i klasycyzmu pruskiego jest zarazem jego Langhansem.

Trzeba się wznieść ponad ksenofobię i prowincjonalizm. Nie ma innej drogi. I sądzę, że wrocławianie to zrozumieli. Z jakichś powodów historia nagle rzuca ludzi na obcy teren. Nikt ich nie pyta, czy tego chcą, czy nie. I co, mają teraz całe to podglebie wyrzucić? Przecież ziemię trzeba uprawiać, siać zboże i sadzić kartofle. A nie można kultury? Tak się stało we Wrocławiu. Ale potrzebowano i czasu, i innego ustroju niż PRL-u.

Ł.G.: Przychodzi mi na myśl Kazimierz Kutz, który mawiał o swoim mozolnym przyszywaniu, scalaniu Śląska i Polski, że do tego sprowadza się jego twórczość, cały jego trud. I jeszcze troska, by korzyści były obopólne.

E.C.: Dlatego sądzę, że sprawom śląskim najlepiej się przysłużymy, jeżeli staniemy nie w ich środku, lecz na zewnątrz. Spójrzmy z boku, a ujrzymy je całościowo, pełniej. Tak uzupełniłabym punkt widzenia Kazimierza Kutza: pewne oddalenie daje właściwą perspektywę, pozwala oceniać bardziej realistycznie i bez tego posmaku, że nam się ciągle dzieje krzywda. Spójrzmy na siebie z zewnątrz, a okaże się, że tu wcale nie jest tak źle.

Ł.G.: No i trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Kutz gani Ślązaków za ich „dupowatość”.

E.C.: On to nazywa dosadnie, ja powiedziałabym raczej o potrzebie zachowania pewnego dystansu. Są sprawy, o które warto kruszyć kopie, ale i takie, przy których – nawet kiedy wokół jest medialne bicie piany – należy zachować zdrowy rozsądek i dystans. Długo mieliśmy tu do czynienia z wybujałymi nacjonalizmami, co przybierało nieraz formy dramatyczne i sprawiło, że ludzie jakby przycupnęli. Krzywd, poniewierki, strasznych przeżyć wojennych usunąć z pamięci tak po prostu się nie da. Pozostają problemy nierozładowane psychicznie, które przechodzą w opowieści rodzinne przekazywane z pokolenia na pokolenie. Stąd tutejszych cechuje pewien minimalizm życiowy – nie ma się co wychylać. I dlatego też wiele ich talentów pozostaje nieodkrytych. Sądzę, że pojawienie się wyższych uczelni zdziałało wiele dobrego. Ale i to dokonało się w jakiejś absurdalnej sytuacji – Uniwersytet Śląski założono w roku najgorszym z możliwych, 1968.

Ł.G.: W opinii wielu – roku klęski uniwersytetów polskich…

E.C.: Tak. I czym ta uczelnia miała być? „Kuźnią kadr partyjnych”! I ma pan „kuźnię kadr partyjnych” (śmiech). Ten uniwersytet startował nie z pozycji zerowej, lecz minusowej. A jednak jest uczelnią normalną. Bo pod względem wspólnoty ludzi, universitas, można porównać go do uczelni, które Brytyjczycy nazywają red brick universities – jak chodzi o pewien klimat, zwłaszcza międzyludzki. Program polityczny wyparował już na samym początku za sprawą wielu pracowitych i dzielnych ludzi, którzy tu tworzyli katedry, zespoły badawcze. Tworzyli je w bardzo niesprzyjających warunkach, dlatego że mieli przeciwko sobie aurę „czerwonego uniwersytetu”. Przebicie się przez nią było trudne, a jednak się udało. Choćby takimi krokami jak nasza Sztuka Górnego Śląska. To wymagało dużej odwagi cywilnej, ale takiej nie spektakularnej, lecz na zasadzie „robimy swoje”. Otrzymaliśmy zresztą wielkie wsparcie ze strony środowisk wrocławskiego, krakowskiego i warszawskiego. Świat akademickiej społeczności istniał poza wszystkimi ówczesnymi barierami i podziałami. I z tego czerpiemy nasze profity naukowe. Dzisiaj, gdy mamy dostęp do międzynarodowych środowisk i nie ma barier paszportowych, nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak nam dobrze.

Ł.G.: Na okładce książki widnieje detal neogotyckiego gmachu katowickiej Akademii Muzycznej wraz z fragmentem współczesnej już rozbudowy.

E.C.: Umieściliśmy celowo oba elementy: architekturę pruską budynku Akademii Muzycznej, wcześniej Szkoły Budowlanej w Katowicach, ten neogotyk, który odsądzono od czci i wiary, nie tylko jako styl, ale nade wszystko jako emblemat pruskości, oraz nowoczesną bryłę Centrum Nauki i Edukacji Muzycznej z tym pięknym przeszkleniem. Wspaniała symbioza, która, jak myślę, mówi więcej niż wszystkie słowa.

Ł.G.: Kiedy w międzywojniu powstało polskie województwo śląskie i jego władze rozpisały konkurs na siedzibę Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego, w warunkach konkursowych sformułowano jednoznacznie, że „styl gotycki wykluczony”. Teraz patrzę na ceglany kubus nowej sali koncertowej, którego siła wyrazu tkwi właśnie w malowniczości ceglanego wątku, i myślę – „styl gotycki mile widziany”.

E.C.: I już nie „kup pan cegłę” (śmiech). Ja w tym widzę nadzieję.

Mam świadomość wielkiego komfortu, że rozmawiamy o tym wszystkim już bez obciążeń, niepokoju, lęku – to wielki dar, że nikt nam nie nakazuje w ten czy inny sposób formułować naszych opinii i ocen. Taką wolność pragnęliśmy zachować, pracując nad Sztuką Górnego Śląska. Kierując się wyłącznie kryterium smaku, wiedzy i sumienia. Nikt tej pracy u nas nie zamawiał, ona zrodziła się z naszej wewnętrznej potrzeby.

Zajęci własnymi precyzyjnie wyznaczonymi zadaniami nie oglądamy się stale na jakieś wielkie cele i dopiero w takich momentach jak ta nasza rozmowa uzmysławiam sobie, jak daleko już zaszliśmy i ile dobrego z tego wynikło.

***

[1] Wydanie polskie ukazało się w 1981 roku jako Sztuka i złudzenie. O psychologii przedstawiania obrazowego, tłum. Jan Zarański (przyp. red.).

[2] Wydanie polskie ukazało się w 2009 roku jako Zmysł porządku. O psychologii sztuki dekoracyjnej, tłum. Dorota Folga-Januszewska (przyp. red.).

O autorach

Ewa Chojecka

Profesor historii sztuki, założycielka i kierownik Zakładu Historii Sztuki Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (w latach 1978–2003). Inicjatorka i redaktor naukowa syntezy Sztuka Górnego Śląska od średniowiecza do końca XX wieku (1. wyd. w 2004, a 2. w 2009 roku).

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Łukasz Galusek

Architekt i wydawca, od 2018 r. zastępca dyrektora ds. programowych w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie. Zajmuje się kulturą i sztuką Europy Środkowej, zwłaszcza związkami pomiędzy przestrzenią, pamięcią i tożsamością. Współautor publikacji: Jože Plečnik – architekt i wizjoner (2006), Kresy na nowo odkryte. Wspólne dziedzictwo Polski i Ukrainy (2007), Rumunia. Przestrzeń, sztuka, kultura (2008), Pogranicze. O odradzaniu się kultury (2012), Modi memorandi. Leksykon kultury pamięci (2014), Adriatycka epopeja. Ivan Meštrović (2017). Współkurator wystaw: Kresy na nowo odkryte. Wspólne dziedzictwo Polski i Ukrainy (Galeria MCK, grudzień 2005 – styczeń 2006), Kartograf złowrogiej historii. Tara (von Neudorf) (Galeria MCK, wrzesień – październik 2013), Adriatycka epopeja. Ivan Meštrović (Galeria MCK, lipiec – listopad 2017) i Architektura niepodległości w Europie Środkowej (Galeria MCK, listopad 2018 – luty 2019).

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Copyright © Herito 2020