Serbska utopia. Między utraconą Arkadią a nieodnalezionym miastem

Miasta do przemyślenia

Serbska utopia. Między utraconą Arkadią a nieodnalezionym miastem

Publikacja: 30 sierpnia 2021

NR 5 2011

TAGI DO ARTYKUŁU

DO LISTY ARTYKUŁÓW

Wydaje się, że utopijne pragnienia naszych przodków znacznie bardziej zwracały się ku jakiemuś wyobrażonemu naturalnemu niż ku miejskiemu otoczeniu.

W zapadłych okolicach wschodniej Serbii, w miejscowości Gamzigrad, w ruinach, które zostały ze starannie niegdyś ufortyfikowanych pałaców, mozaika ukazuje zagadkową ideografię miasta-labiryntu. Gdyby jakiś wyobrażony podróżnik wyruszył w stronę jego centrum, musiałby przejść przez pierwszy, potem drugi i trzeci sektor miasta i dokładnie dwadzieścia siedem razy zwrócić się ku trzem stronom świata. Przypadkiem albo celowo liczba zakrętów (3 × 3 × 3 × 3) odpowiada liczbie lat życia Platona.

Jest to ezoteryczny diagram, który poucza, że człowiek przechodzi przez stopnie widzialnej i niewidzialnej rzeczywistości, aby dotrzeć do świata transcendencji. Mądrze wędrując przez ułudę życia, może dojść, jeśli mu się uda, do duchowego centrum i jak we wszystkich kultach misteryjnych, utożsamić się z istotą wszechświata… Dzisiaj co prawda trudno iść śladem tego rodzaju spekulacji, ale od razu rzuca się w oczy, że w symboliczny zarys miasta wpisała się wyrafinowana idea religijno-filozoficzna. Ponieważ gamzigradzki labirynt znajduje się w okolicy, gdzie na horyzoncie nie ma wiosek, a co dopiero miast, można pośrednio wywnioskować, że kiedyś byli tu wykształceni miejscy ludzie, miejskie kulty i miejska filozofia.

Błogi spokój przedstawionego miasta-labiryntu zadziwia tym bardziej, że mozaika musiała powstać w początkowych fazach wielkiej wędrówki ludów, kiedy świat antyczny na dobre obracał się w ruinę. Przed mniej więcej trzydziestu laty w bezpośrednim sąsiedztwie mozaiki, w rogu bazyliki, można było jeszcze zobaczyć świeżo odkopaną ubogą chatę z gliny, zaledwie trochę większą od lisiej jamy. Było to prawdopodobnie domostwo naszych braci Prasłowian, którzy przybywali na Bałkany. Jakże musieli być przerażeni niezrozumiałymi formami zburzonych wspaniałości i groźną magią scen na mozaikach.

Do dzisiejszych wyobrażeń związanych z wielką wędrówką ludów należałoby dodać, że wiele miast po zburzeniu jakoś się jednak podnosiło i żyło dalej na dwu-, trzykrotnie zmniejszonym i ponownie ufortyfikowanym terenie. Cienka nić cywilizacji miejskiej wzdłuż wybrzeży Morza Śródziemnego i w centralnych obszarach Europy mimo wszystko się wydłużała. Wydaje się jednak, że rzymska urbanizacja nad Sawą i Dunajem nie udała się w głębi terytoriów znajdujących się na obszarze dzisiejszej Serbii. Wraz z rozkładem świata antycznego katastrofalnie spada to, co dziś nazwalibyśmy ogólnym wskaźnikiem urbanizacji. A z początkiem średniowiecza, przynajmniej w samym centrum powstającego państwa serbskiego, ten wskaźnik, bez względu na to, według jakich parametrów byśmy go oceniali, wynosi niemal zero.

Jeśli zbierzemy wszystko, co dzisiaj wiadomo o średniowiecznych miastach serbskich, okaże się, że Serbia nie była krajem bogatych i wpływowych ludzi ani miast imponujących pod względem architektonicznym. Należałoby ją raczej nazwać „krajem byłych miast”. Fantastyczne toponimy w tradycji folklorystycznej – Leđen-grad [Zmrożone Miasto][1], Smrčaj-grad [Świerkowe Miasto], Nedođin-grad [Miasto, z którego Nie Ma Powrotu] – to określenia bardzo tajemnicze. Można by powiedzieć, że są tylko nieuchwytnymi cieniami innych czasów i okoliczności. Jakby w miniaturze powtarzała się sytuacja opisana w eposach z okresu inwazji Germanów, kiedy miasto uważano za dawny, opuszczony, nadludzki twór dżinów (eald enta geweorc) i chyba dlatego, w imię moralności z czasów sprzed miasta, godny pogardy i kary. Niektóre teksty starej literatury serbskiej wskazują niewątpliwie, że również w serbskim karaniu miast pojawiał się ogień miłujących prawdę, niekiedy przerastający nawet przypowieści z Biblii, Koranu, z mezopotamskich eposów i Rigwedy. Spis niszczycielskich wypraw Stefana Nemanji przeciwko miastom, sporządzony przez jego syna Stefana Pierwszego Koronowanego (w XIII wieku), nawet jako anachroniczny wzorzec literacki sprawia wrażenie pełnego przesadnej namiętności: „Albowiem wyprawił się miłościwy święty Symeon (Stefan Nemanja) z węgierskim królem i doszedł do miasta o nazwie Sredca, i zburzył je, i spustoszył do cna. A kiedy węgierski król wrócił do swego państwa, Święty rozstał się z nim i wraz ze swym wojskiem poszedł na miasto Pernik, ono też zburzył wojskami swymi i spustoszył, i miasto Stob, i miasto Zemln, i miasto Welbużd, i miasto Žitomisk, miasto Skopje, i miasto Leški w Donjim Pologu, i miasto Gradac, i miasto Prizren, i sławne miasto Nisz, i miasto Svrljig, i miasto Ravni, i miasto Kozli. Miasta owe zburzył i do ostatnich fundamentów je wyniszczył, bo nie został kamień na kamieniu, który nie był zburzony. I nie podniosły się do dzisiaj. Ziemie zaś ich i bogactwa ich, i sławę ich dodał do bogactwa ojcowizny swojej i sławy wielmożów i narodu swego”[2].

Wyliczanie dotyczy właśnie okresu, kiedy Serbia wychodzi ze swego dynarskiego gniazda w Rašce, gdzie miast wcale nie było, i zaczyna się rozrastać ku wschodowi i południowemu wschodowi.

Niestabilność miast i miejskiego życia stanie się widoczna także parę wieków później, na znacznie już poszerzonym obszarze Serbii. Fakt, że w stosunkowo krótkim okresie historycznym często zmieniała się siedziba państwa – siedem stolic, jeśli się nie mylę – mówi raczej o nierozwiniętym niż o bardzo rozwiniętym życiu miejskim. Siedziba ostatniego serbskiego władcy, imponująca twierdza w Smederevie, nie była miastem, lecz gigantycznym oppidum z dworskim donżonem. Reszta terenu, ogromna, najwyraźniej służyła jako obóz wojskowy i schronienie dla uchodźców. Kruševac, mityczne centrum średniowiecznego państwa serbskiego, skąd wyruszono na bitwę na Kosowym Polu [1389], z punktu widzenia historii urbanizacji jest tworem bez znaczenia. Fundamenty opiewanych dworów Lazara nie są raczej większe niż nieco lepszy dom rzemieślnika w Kruševacu w XIX wieku.

Mitom nie jest potrzebna realna scenografia, może im nawet przeszkadzać. Legenda, że książę Lazar Hrebeljanović został doprowadzony do sytuacji, w której musiał wybierać między królestwem ziemskim a królestwem niebieskim, opiera się między innymi także na czymś w rodzaju scenograficznej pomyłki. Chodzi o antytezę świętego Augustyna i w nieco mniejszym stopniu manichejską: Państwo Boże – świat, która w naiwnym poetycko-teologicznym opracowaniu została zastąpiona metaforą i identyfikacją dwu „królestw”. Królestwo musiało być czymś bardzo dalekim i nieokreślonym i chyba dlatego wydawało się godniejsze poetyckiego opracowania niż ubogie wyobrażenia państwa i świata.

Etnografia, może nawet bardziej niż archeologia, świadczy o nieznajomości, a nawet lekceważeniu miasta. Kiedy się nieco uważniej zajrzy do przebogatych materiałów dotyczących zwyczajów i wierzeń ludowych, można stwierdzić, że nie ma w nich wzmianki ani o codziennej sytuacji w mieście, ani o poglądach typowych dla człowieka miasta. Za to mnóstwo jest informacji o przyrodzie, o świecie roślin i zwierząt, i nawet bardzo rzadkie próby kosmograficzne bardziej wiążą się z biomorficznym i witalistycznym obrazem świata niż z aluzjami geometrycznymi oraz elementarnie matematycznymi. A właśnie takie aluzje są charakterystyczne dla cywilizacji miejskich i ich modeli kosmograficznych, o czym na swój sposób informuje także gamzigradzka mozaika miasta-labiryntu.

Najwyraźniej miasto nie przyciągało przesadnej uwagi naszych przodków, nie pobudzało ich ambicji, nie mogło więc być ich ideałem. Nawiasem mówiąc, w historii cywilizacji europejskiej były też inne narody, które nie tęskniły za życiem w mieście. Wystarczy przypomnieć kontrowersję Spartan i Ateńczyków, rodzonych braci, przy czym pierwsi, opanowani prastarą dorycką, bukoliczną egzaltacją, odmawiali życia w mieście, więc Sparta-miasto była dla nich tylko czymś w rodzaju rozproszonego i nieufortyfikowanego obozu wojskowego – stopień niżej niż nasze Smederevo. Sąsiednie światowe Ateny były miastem bardziej „miejskim” niż wiele dzisiejszych osiedli o ich wielkości.

W najgłębszych intencjach jednych i drugich chodziło o wybór, ale też o pewną pobudzającą kategorię psychologiczną, którą nazwałbym „utopijnym pragnieniem”. Wydaje się, że utopijne pragnienia naszych przodków znacznie bardziej zwracały się ku jakiemuś wyobrażonemu naturalnemu niż ku miejskiemu otoczeniu. Konstantin Filozof pod koniec serbskiej niezależności i średniowiecza zdecydował się w pięknych słowach namalować idealny, niemal rajski pejzaż serbskiego świata. Jego utopijna projekcja – nie możemy jej nazwać inaczej – umieszcza terytorium ówczesnej Serbii w tak ważnym regionie ziemskim, że z jego środka najczyściejsze powietrze rozlewa się na wszystkie cztery strony świata, aż do Hellespontu. Pisarz zajmuje się również cudownymi właściwościami tego powietrza, które przybiera niemal cechy praelementu. Dodaje potem do opisu także trzydzieści sześć znamienitych rzek wszechświata, no i, rozumie się, Fison, czyli Dunaj, ale też nieco bardziej ziemską rzekę Sawę, „która jako mur się tu staje, gwoli stron obu, i łączy się w najpiękniejszym miejscu, gdzie Fison z trzech ujść przybywa, mając dwie wyspy, gdzie wzniesiono jasny Biały Gród”[3].W wyobraźni intelektualisty z czasów despoty Stefana Lazarevicia, a więc na samym początku renesansu, realne środowisko naturalne Serbii wciąż jeszcze było tylko osobnym przypadkiem o wiele szerszej metafizycznej całości. Czy osiadłszy w Białym Grodzie, który despota Stefan dostał w użytkowanie od Węgrów, naprawdę wierzył, że Dunaj wypływa z raju, tego nie można wywnioskować z jego wielce ozdobnego dzieła.

Bynajmniej nie przypadkiem Konstantin tak wielkie znaczenie przypisywał hydrografii. Wcale nie poza zasięgiem doświadczenia, lecz tuż przed oczyma miał splot rzek i mokradeł, całe „siedmiorzecze”, jeśli liczyć od ujścia Drawy do Dunaju i Driny do Sawy, do ujścia Sawy, Cisy, Tamišu i Morawy do Dunaju. Te rzeki jeszcze w średniowieczu, a i później, musiały się przebijać przez własne bagna i moczary. Na austriackich mapach wojskowych z XVII i XVIII wieku na terenach na północ od Belgradu widnieją labirynty moczarów, a całą „terrafermę” dzisiejszej Wojwodiny stanowiły nieco szersze nasypy wokół traktów komunikacyjnych oraz osobne wyspy stałego lądu. Woda zagrażała nie tylko lewemu brzegowi Sawy i Dunaju – na południe od Belgradu, począwszy od ich ujścia, i dalej w górę rzek Wielka Morawa i Zachodnia Morawa rozciągały się wielkie obszary zalewowe.

Pobieżny rzut oka na hydrologiczną mapę Serbii, ale też na mapę geologiczną (usuwiska i erozje wywołane wylewami), mógłby skłonić do błędnego wniosku, że ogólne warunki rozwoju miast w północnej Serbii i dzisiejszej Wojwodinie były wyjątkowo niekorzystne. Istniały terytoria, które opóźnienie urbanizacji tłumaczyły właśnie tymi niedogodnościami. Wiadomo jednak dobrze, że w węzłach wielkich rzek, w delcie Nilu, w Mezopotamii („Dwurzecze”), nad Żółtą i Błękitną Rzeką w Chinach, w Pendżabie („Pięciorzecze”), w znacznie bardziej niekorzystnych warunkach niemal paradoksalnie rodziły się cywilizacje miejskie. Zresztą i nasze „siedmiorzecze” odegrało rolę w powstawaniu rozwiniętych kultur neolitycznych, których wpływy promieniowały aż do obszarów egejskich. W końcu także rzymska kolonizacja naszych dzisiejszych obszarów, a potem austriacka kolonizacja dzisiejszej Wojwodiny obalają teorie usiłujące wyłącznie przyczynami zewnętrznymi wyjaśnić coś, co trudno wytłumaczyć inaczej niż bodźcami ukrytymi głęboko w samym człowieku.

Sytuacja miast w tureckiej Serbii, w Serbistanie, na pewno będzie jeszcze badana i porównywana z nagromadzonymi i nierozwiązanymi zagadkami niemiejskiej, przedtureckiej Serbii. Po Rzymie Turcja była drugim imperium z rozwiniętą kulturą miasta i życia w mieście. Miasta tureckie, przynajmniej w północnej Serbii, zwłaszcza po wielkich wojnach wokół Belgradu, nie mogły osiągnąć bogactwa i piękna miast Bośni, Macedonii, Bułgarii i Wołoszczyzny… Historia często bywa ironiczna. Nieszczęsne miasta ze spisu Stefana Pierwszego Koronowanego, które święty Symeon „zburzył i spustoszył do cna”, w pełni przeżywały już swoje drugie życie, spokojniejsze i bogatsze niż mieściny legendarnego dziś belgradzkiego paszałyku, a wkrótce po powstaniach serbskich [1804, 1815] znowu staną się na poły pustym gniazdem odnowionego państwa serbskiego.

W czasie pokoju zawartego w Požarevacu [między Austrią i Turcją, 1718] zanotowano, że północna Serbia miała nieco ponad pięćset tysięcy „głów podatkowych”, czyli rodzin. Dodajmy, że w dotychczasowych miasteczkach tureckich ludności serbskiej prawie nie było. Podróżnicy, opisując Belgrad, wymieniają wiele języków, które można tam usłyszeć, lecz o serbskim i Serbach rzadko kto wspomina. Za to znany Erlangenski rukopis [Rękopis z Erlangen, początek XVII wieku], opisując wyjazdy z austriackiego Belgradu i wizytację okolicznych wsi, mówi wyłącznie o Serbach, a wśród nazwisk są takie, które zachowały się do dziś.

Można przypuszczać, że średniowieczny schemat, według Stojana Novakovicia (Selo – Wieś), zachował się także w czasach tureckich. A więc w uproszczeniu: w dolinach i okolicach o łagodnym klimacie – rolnictwo, w terenach podgórskich – winnice, na zboczach gór i płaskowyżach – hodowla bydła. Pewne jest jednak, że w czasach wojen austriacko-tureckich powierzchnie uprawne zmniejszyły się, a lasy zaczęły się rozrastać… Pewna naiwna, zbyt krótka, intensywnie sentymentalna powieść (Milorad Šapčanin, Sanialo – Marzyciel) opisuje, jak żyło się jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku na wykarczowanych polanach pośrodku sławnego „oceanu serbskich lasów” Lamartine’a. Akcja, jeśli w ogóle jest w tej powieści, rozgrywa się w romantycznym otoczeniu samotnej serbskiej szkoły. Nadchodzi chwila, kiedy główny bohater, trochę przerośnięty wiejski urwis, żegna się z wioską, z nauczycielem, z jego córką (dziecięca miłość) i rusza z ojcem pieszo do Belgradu na dalszą naukę. Tuż pod miastem, które wówczas zajmowało nieco większą powierzchnię niż wzgórze kalemegdańskie i plac Terazije, przyszły gimnazjalista zatrzymuje ojca i woła mniej więcej tak: „Ojcze mój, cóż to za piękna, cóż za ogromna wioska!”.

O tym, że w pierwszych dziesięcioleciach XIX wieku nawet w wyzwolonych miastach mieszkańcy nie orientowali się do końca, co to jest wieś, a co miasto, świadczy też znane spostrzeżenie Vuka Stefanovicia Karadžicia, że niektóre serbskie wsie, jeśli chodzi o obszar, większe są niż wiele europejskich miast. Myślał przy tym o wsiach rozproszonych, które w jego czasach były do tego stopnia „rozproszone”, że dzisiaj nikt nie nazwałby ich wsiami, były to bowiem tylko luźno zamieszkane terytoria. O podobnych nieporozumieniach świadczy porażający fakt, że w słowniku Vuka Karadžicia [Srpski rječnik, 1818] pojęcie „miasta” w pełnym i jedynym dzisiaj sensie tego słowa wcale nie istniało.

Ale choć mieszkańcy, rzekłbym – prawie pionierzy, odnowionej Serbii – w swoim systemie pojęć nie mieli jeszcze wyobrażenia, czym jest naprawdę miasto, wiedzieli – albo przynajmniej wierzyli, że wiedzą – iż także bez miasta można dobrze i szczęśliwie żyć. Idylla Šapčanina, jeśli nawet nie opisuje prawdziwej rzeczywistości jego czasów, wiarygodnie wyraża „utopijne pragnienie” serbskiego człowieka, żeby na zawsze pozostać w swoim błogim dzieciństwie. Tę powieść można jednak uznać za aktualną fotografię sytuacji – Momentaufnahme – Serbii w krótkim okresie środkowych lat XIX wieku. Okoliczności mogły przypominać spełnioną na krótko ziemię szczęśliwą, poza światem i historią. Serbia pozostawała pod kontrolą i ochroną wielkich sił, bez prawdziwego wojska, bez megalomańskich ambicji, skoncentrowana na sobie i w zasadzie z siebie zadowolona.

W budownictwie wiejskim w lesistym kraju, gdzie dębów, buków i innego drewna budowlanego było w bród, dosłownie wszystko robiono z drewna – od kolebki do znaku nagrobnego. Drewniany były dom i więźba, i pokrycie dachu. Z drewna był nawet komin ze starannie obliczonym efektem nadpalania, czyli utleniania, co chociaż trochę zmniejszało niebezpieczeństwo częstych pożarów. Drewniane były zamki i narzędzia do ich otwierania, i wszelakie inne przyrządy i mechanizmy. Dowcipne urządzenia hydrauliczne mogłyby, mówiąc z lekką przesadą, przywieść na myśl wyobraźnię techniczną Leonarda da Vinci… Również legendarne, wykonane z drewna czereśniowego, działo Karađorđa nie jest swobodną metaforą, tylko paradoksalnym faktem historycznym. Nawet niebieska „inżynieria” wspomagała się podręcznymi wyobrażeniami drewnianej techniki. Sklepienie niebieskie w ludowej kosmografii podtrzymywały „rosochy niebieskie” i tę funkcję pełniły równie prostodusznie i niepewnie, jak zwyczajne tyki podpierające dachy z paproci w improwizowanych pasterskich szałasach.

Głównie z drewna były miasteczka odbudowane na zgliszczach, a także zupełnie nowe. W budownictwie to, co nie było z drewna, z reguły malowano na biało. To także stanowiło odbicie techniki opartej na drewnie, ściśle mówiąc, na niszczeniu go. Dziś mało kto wie, jak dużo drewna opałowego musiało się zużyć, żeby wypalić nawet skromne ilości wapna. Idylliczne białe ściany, których lśnienie było ozdobą serbskiej ziemi, kosztowały bardzo dużo. Wapna używano nie tylko do malowania ścian, ale i w murarstwie. I tak kręciło się to zaczarowane koło: kiedy zaczynało brakować drewna budowlanego pierwszego gatunku, budowano przeważnie z cegieł, a na ich wypalanie wciąż jeszcze marnotrawiono zbyt wiele drewna.

Tak jak naiwna technika, również światopogląd archaicznego człowieka serbskiej arkadyjskiej idylli był uproszczony, ale bardzo stabilny, niestety zbyt stabilny. A kiedy potem ze świata naiwnej techniki zaczęto przechodzić do świata technicznej naiwności, nietrudno sobie wyobrazić, że towarzyszyły temu niepewność, nieufność i strach przed nowym, przed językiem technicznych form i funkcji, i w konsekwencji fatalnymi przesłaniami, których nie dało się rozszyfrować. Nawet pod koniec XIX wieku, kiedy Serbia po kongresie berlińskim została zobowiązana do zbudowania międzynarodowej linii kolejowej, głęboko zakorzeniony utopijny ideał „ziemi szczęśliwej” spowodował opór w serbskich duszach. Prawdę mówiąc, podburzyli je, i to znacznie bardziej, polityczni demagodzy. Partia radykalna, to populistyczne i antyzachodnie nieszczęście nowoczesnej Serbii, poderwała ludzi opowieściami, że kolej jest „ognistym wężem”, który przetnie ich ziemię na dwie części i spali uprawy. Nie wolno zapominać, że w tamtym czasie na przeciwnym krańcu niż radykałowie stała bardziej postępowa partia wykształconych miejskich ludzi, rozpaczliwie walcząca o modernizację Serbii i wprowadzenie jej do świata zachodniego. Ale abstrakcyjne argumenty postępu wyglądały nieprzekonująco w oczach szerokich rzesz ludu, który za nic nie chciał niszczyć swoich marzeń o „ziemi szczęśliwej”. A będzie ona w pełni szczęśliwa dopiero wtedy, kiedy zniesione zostaną podatki, kiedy zdepcze się „klasę” urzędniczą i zaprowadzi coś w rodzaju samorządu według modelu staroserbskiej zadrugi [wspólnoty] rodzinnej.

Trudno się nie uśmiechnąć przy takich wspomnieniach. Zastanawiam się, co by było, gdyby radykałom udało się stworzyć tę ich Arkadię i gdyby jakimś cudem przetrwała do dzisiaj. Czy Arkadia zadowoliłaby ideały dzisiejszych partii zielonych? Czy też zmieniłaby się w chory rezerwat jakichś dziwacznych bałkańskich Amiszów? Może by zresztą i w opisie podróży Petera Handkego[4] dało się wyczuć ślady fascynacji Amiszami, która, przypuszczam, została mu sprytnie i niezauważalnie podsunięta.

Rozsądny zachodnioeuropejski czytelnik, który próbuje śledzić bałkańskie, a zwłaszcza słowiańsko-bałkańskie myślenie obrazami – la pensée imagée – i to jeszcze obrazami równoległymi, a często przeciwstawnymi, ma pełne prawo zapytać, jak pogodzić ideał małej, autarkicznej i autystycznej Serbii z marzeniami o Wielkiej Serbii. Sprzeczność tę naprawdę niełatwo wyjaśnić. Mogę tylko przypuszczać, że Srbijanac (czyli Serb z terytorium Serbii sprzed Kumanova, nie Serb z Wojwodiny ani ten z Chorwacji, ani ten z Bośni)[5] nosi w sobie jakieś rozdwojenie nacjonalnych marzeń. Ma swoją małą utopię, wie, co to jest „ziemia szczęśliwa”, i wystarczy mu używanie sobie w niej do woli, ale od czasu do czasu, w momentach patriotycznej euforii, proponował ten swój model szczęścia innym Serbom, przy adekwatnym, rozumie się, poszerzeniu terytorium. Ale istnieje też druga możliwość, moim zdaniem trochę bardziej prawdopodobna. Ci inni Serbowie, ci spoza owej Arkadii, jeszcze w pierwszych dziesięcioleciach XIX wieku przyjęli tę utopię jako wspólny program. Chcieliby widzieć Arkadię powiększoną o „Serbów wszystkich i wszędzie”, nawet za cenę czystek etnicznych, za cenę wojen i burzenia miast. A jeśli plan nie wypali, zawsze zostaje mała Serbia, powszechny dom wszystkich Serbów świata.

Całe zachodnie i środkowe Bałkany są obszarem wielkich i dziwnych migracji w różnych kierunkach i pod różnymi znakami. Czy w ogóle trzeba o tym przypominać dzisiaj, kiedy Serbowie z Chorwacji, wszyscy co do jednego, opuszczają swoje odwieczne strony rodzinne i ruszają w kierunku Serbii? Serbowie z Sarajewa też odchodzą w nieznane. A jest kwestią dni, kiedy i ci ze wschodniej Slawonii przejdą Dunaj. Tylko ludzie kierujący się głęboko zakorzenionymi, utopijnymi albo, może dokładniej, mityczno-utopijnymi wyobrażeniami mogli tak łatwo wdać się w absurdalną polityczną i wojskową grę, która w końcu musiała doprowadzić do przesiedleń jako jedynego możliwego rozwiązania.

Drogi i widoczne mechanizmy klasycznych, opisanych przez Jovana Cvijicia migracji są wystarczająco wyjaśnione, w mniejszym stopniu wyjaśnione są ich głęboko ukryte psychologiczne motywy. Kiedy Serbowie opuszczali Kosowo pod naporem innej bałkańskiej migracji, bezpośrednie motywy były jasne. Kiedy potem z południowych Węgier kontynuowali wędrówkę ku rosyjskim stepom w poszukiwaniu Nowej Serbii, migrantów pchały jakieś tylko im znane obsesje i wizje.

Dzisiejszą Wojwodinę zasiedlały przeważnie fale z południa, w których było trochę starej ludności miejskiej, natomiast do północnej Serbii przybywała głównie ludność dynarska, zupełnie niezurbanizowana. W Wojwodinie Austria przeprowadzała planową kolonizację typu europejskiego, natomiast zasiedlanie pod Milošem Obrenoviciem sprowadzało się do mniej lub bardziej swobodnego zajmowania opuszczonej ziemi i karczowania lasów, co przypominało raczej osadnictwo w Ameryce Północnej niż kolonizację europejską. Zgodnie z przyniesionymi nawykami, a może także z jakichś dodatkowych przyczyn, osiedleńcy wybierali bardzo rozproszony typ zabudowy. Gospodarstwa ostrożnie lokowano osobno, z reguły w odległości strzału karabinowego, a nawet trochę dalej, jeśli wierzyć ustnej tradycji mieszkańców Szumadii. Z powodu obfitości budulca i wielkich wspólnot rodzinnych „farmy”, tak jak i domy, były dość rozległe. Pewnemu rosyjskiemu podróżnikowi wydało się nawet, że domy są porządniejsze i większe niż te skromniejszych rosyjskich posiadaczy ziemskich… Ale zarazem był to koniec idylli, idylli Šapčanina oczywiście. Karabiny doskonalono i niosły coraz dalej, a ponieważ gęstość zaludnienia się zwiększała, malały odległości między gospodarstwami.

Na północ od Sawy i Dunaju powstawały nowe wsie, budowane wzdłuż ulic, a więc uregulowane ortogonalnie (Kolonialdörfer), i niektóre z nich niezauważalnie rozrosły się w małe miasta. Typ cywilizacji rozszerzał od miasta ku wsi. Na południowej części obszaru serbskiego sprawy miały się zupełnie inaczej. W początkowych procesach urbanizacji miasto nie tylko nie mogło wywierać wpływu na wieś, ale wieś aż do najnowszych czasów wpływała na nawyki życia miejskiego. Ten odwrócony proces można ujrzeć na pewnej starej fotografii, przechowywanej w miejskim muzeum w Prokuplju. Chodzi o panoramę miasta, najwyraźniej wykonaną w ostatnich dniach rządów tureckich, zanim tereny te przypadną Serbii. Wydaje się wprost niewiarygodne, jak w ciągu zaledwie wieku po kongresie berlińskim zmieniły się pejzaże miejski i podmiejski w dolinie rzeki Toplicy. Tureckie Prokuplje położone było w pustym terenie, który, chyba z powodu anatolijskich kóz, przypomina Małą Azję. Za to – co można zobaczyć nawet na fotografii – miasto było pełne ogrodów i topoli, które wyłaniają się spośród harmonijnie wymodelowanych dachów domów i konaków [dworów]. Dziś powiedzielibyśmy, że tureckie Prokuplje było czymś w rodzaju orientalnego garden city w zdewastowanym pejzażu. Zaledwie kilka pokoleń później obraz całkowicie się zmienił. Tradycyjna kultura rolnicza przekształciła dolinę Toplicy w oswojony krajobraz, ale i z Prokuplja uczyniła wielką, nieprzekonująco uregulowaną wieś z zaledwie kilkoma atrybutami początków miejskiej europeizacji… Koszary i stacje kolejowe czy siedziby władz powiatu, choć o dziwo dobrze zaprojektowane i wykonane, w naszym klimacie sprawiały wrażenie obiektów z innego świata.

Scenografia Arkadii na przełomie wieków XIX i XX raptownie się zmieniała. Rozpadały się patriarchalne wspólnoty, rozdrabniano wielkie majątki rodzinne, a rzemiosło domowe ginęło. Wieś poważnie ubożała, a miasta i miasteczka przystosowywały się dość niepewnie, nawet z lękiem, do pierwszych elementów norm urbanistycznych. Geodeci – pierwsi urbaniści, ale i pierwsi wykształceni na Zachodzie architekci – starali się jak mogli ucywilizować osady na południe od wielkich rzek. Pomimo wysiłków – trochę z powodu ubóstwa społeczeństwa i państwa, trochę wskutek braku prawdziwych miejskich tradycji, a trochę przez zakorzeniony antyzachodni konserwatyzm – zamiast prawdziwej urbanizacji na początku wieku XX zaczynają się hybrydyczne procesy półurbanizacji.

Rozumie się, że w tych procesach nadal działają mechanizmy migracji, niekiedy po cichu i niewidocznie, niekiedy burzliwie i aż nadto widocznie. Belgrad ma dzisiaj tyle mieszkańców co Wiedeń – w czasach mego dzieciństwa miał zaledwie tyle co Innsbruck. W okresie życia tylko jednego pokolenia dotknęło go kilka wstrząsów demograficznych, które miały efekt symbolicznego burzenia miasta od środka. W latach 1945–1948, po, nazwijmy to tak: zbrojnej implozji demograficznej, nawet miejski sposób mówienia, szybki i trochę nerwowy, został niemal wyparty przez patetycznie zwolnioną epicką kadencję zdobywców. Równolegle z niszczeniem stylu międzyludzkich kontaktów zrywały się też cienkie nici miejskiej pamięci i jako tako ustanowione ramy miejskiej samoświadomości.

Stały prąd ze świata niemiejskiego, ściślej, ze świata przedmieścia, nieustanny dopływ przedmiejskich wyobrażeń i fikcji uczyniły miasta obszaru serbskiego, zwłaszcza po drugiej wojnie światowej, zakładnikami mętnych, a także niebezpiecznych archaicznych uprzedzeń, które wciąż mieszały się z poglądami nowej, parareligijnej „nauki” o życiu i świecie.

W chaotycznym przeplataniu się dwóch utopijnych schematów – jednego socjalnego, głośno elokwentnego, „światowo-historycznego”, i drugiego drobiazgowo swojskiego, gęślarskiego – miasto dla zdezorientowanego półmiejskiego człowieka było prawie ziemią niczyją, mentalnie i moralnie pustą okolicą, bez piękna i zalet. Człowiek półmiejski był więc gotów wielkodusznie zaproponować, a nawet narzucić miastu swój kodeks wartości. Nieszczęście było tym większe, że gdy dorwał się na szczyty społeczeństwa, mógł zmieniać i przemodelowywać miasta… W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych półmiejski budowniczy (jako zleceniodawca, jako mecenas, jako ideologiczny tyran, ale też jako niedouczony i kulturowo niedoskonały specjalista) jak każdy dorobkiewicz rozkoszował się zachwycaniem samego siebie wspaniałymi architektonicznymi przedsięwzięciami. Zapewne w ten sposób tłumił w sobie niezadowolenie, że prawdziwe, niewidoczne bramy miasta jeszcze się przed nim nie otworzyły… I tak, właśnie w tych latach, tradycyjna już serbska półurbanizacja zaczęła przekształcać się w odświętną, a nawet propagandową pseudourbanizację; pod tanią i błyszczącą szatą naszego socjalistycznego wielkomiejskiego pejzażu, pod zbyt ciężkimi betonowymi stropami, pod ozdobami ze szkła i oksydowanego aluminium, a wciąż jeszcze w swojej odosobnionej gamzigradzkiej chatynie z gliny ukrywał się mały, przerażony barbarzyńca.

Niestety, przesłanek, które podaję, nie trzeba już udowadniać. W grozie minionej niedawno wojny burzycielami miast i zdobywcami ruin byli nie tylko mieszkańcy epickich płaskowyżów, lecz także zdeklasowani, dokładniej, jeszcze „niesklasowani”, mieszkańcy miast, ludzie bez miejskiej, a może w ogóle bez żadnej pamięci rodzinnego miejsca, ludzie bez wiedzy i zawodu, ci, którzy i strony rodzinne, i rzemiosło znaleźli właśnie w grozie wojny… I tak, miejmy nadzieję, krąg się zamknął. Potwierdziło się raz jeszcze, że mała serbska utopia także zaczęła się od niewinnych marzeń (czyż utopijne powieści nie są w zasadzie literaturą lekką?), a zakończyła w krwi i szaleństwie.

Dwa wielkie nazwiska, Dositej Obradović i Vuk Stefanović Karadžić, symbolicznie, ale wiernie personifikują archetypiczne rozszczepienie naszych serbskich dusz, nasze rozdarcie między miłością a nienawiścią do miasta, między rzeczywistością a utopią.

Dositejowski model zapowiadającej się dopiero, laickiej kultury serbskiej był już w zaczątku miejski, zachodni i w granicach skromnych możliwości także kosmopolityczny. Dzisiaj celowo nie dostrzega się, że Dositej właśnie z powodu takich poglądów był w swoim czasie bardzo szanowany, i to nie tylko na obszarze dzisiejszej Wojwodiny, i nie tylko wśród ówczesnych miejskich Serbów. Ludzie widzieli w nim nauczyciela, mędrca, nawet filozofa – przynajmniej w szerokim, oświeceniowym znaczeniu tego słowa. Dositej wiele podróżował i wiele widział, wiedział więc, które i jakie drogi prowadzą do wielkiego świata i duchowej skarbnicy cywilizacji, a to umiano, i to jak, cenić.

Powoli, lecz pewnie mijał czas oświecenia i następowała doba romantyzmu. Na południe od Sawy i Dunaju, po tamtej stronie ówczesnych granic Europy i Azji, powstawało nowe państwo, nowe społeczeństwo, było więc zrozumiałe, że pojawił się także całkiem nowy model kultury. Vukowska wizja przyszłych budowli serbskiego ducha nie była ani dokończona, ani przesadnie jasna, ale schlebiała słuchowi ludzi, którzy przybywali do Serbii głównie z ustnie zdefiniowanego mitycznie-epickiego czasu i obszaru.… Model Dositeja był mocno związany ze słowem pisanym i z uczonym dyskursem, a jego dydaktyka wzywała do starannej i wytrwałej nauki, toteż ognistej dynarskiej naturze mogła się wydawać trochę drobiazgowa i męcząca.

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że pojawienie się Vuka zapoczątkowało zupełnie nowe procesy. Ale dziś, właśnie dziś, mielibyśmy dość powodów, żeby zapytać, czy oprócz wszystkiego dobrego, co przyniosło, nie odnowiło mimowiednie mechanizmów pewnych odwiecznych serbskich obsesji. Wielki reformator języka i twórca nowoczesnej serbskiej świadomości narodowej pochodził z archaicznego środowiska sprzed okresu miast i był dość niechętny miejskim zjawiskom i wartościom. Nasz wielki Vuk skłonny był, jak wiemy, zbyt łatwo skreślić nawet nielicznych mieszkających w miastach Serbów ze spisu prawdziwych Serbów i uznać ich za wyrodnych, utraconych dla narodu synów. Po przeciwnej stronie niemiejscy, a więc idealni Serbowie byli utalentowanymi i nietkniętymi przez cywilizację dziećmi natury. Niezupełnie przypominali literacko-filozoficzne lalki Rousseau, ale przynajmniej do pewnego stopnia mogli przywodzić na myśl „szlachetnych dzikusów” z archipelagów Oceanu Południowego, takich jak przedstawiały ich pełne zachwytu, ale wymyślone opisy podróży z początków XVIII wieku.

Dositej i Vuk reprezentowali więc dwa diametralnie odmienne podejścia do serbskiej kultury, serbskiej przyszłości, a nawet serbskiego losu. W jakiś sposób dało się to wywnioskować także z tego, jak się ubierali. Dositej najczęściej nosił redingot z żabotem i mankietami z koronki, pończochy do kolan oraz wygodne mokasyny z dużymi klamrami. Wszystko to było porządne i ani trochę niezniszczone, jak przystoi intelektualiście. Przy czym, a to jest najważniejsze, wszystko było starannie dobrane według angielskiej mieszczańskiej mody, tej, którą w absolutystycznej Francji przyjęli encyklopedyści.

W ubiorze Vuka było coś z orientalnej elegancji, przekornej i wyrażającej samoobronę: chrześcijański fez (nie, to nie oksymoron!), egzotyczne wąsy i marszczone spodnie do kolan jak u żuawów musiały już w jego czasach śmieszyć młodych mieszkańców Belgradu i Kragujevaca, licealistów i tych, którzy ubierali się i zachowywali na sposób europejski. Były to oczywiście dwie mody, dwa gusty, ale i dwa dążenia – dwa manifesty pożądanej serbskiej przyszłości.

Nie trzeba specjalnie podkreślać, że jeden i drugi model, oświeceniowy i romantyczny, były równie potrzebne, że ich działanie mogło się harmonijnie uzupełniać – co wydaje się zupełnie zrozumiałe. Tak zresztą przez długi czas było. Jeszcze w moich dawnych szkolnych dniach Dositej i Vuk, Vuk i Dositej, choć z ducha i wyglądu różni, w jakiś sposób zawsze byli razem, na przykład na ścianach w klasach, na szkolnych uroczystościach, i nikomu nie przychodziło do głowy ich rozdzielać.

Ale od kilku dziesiątków lat zaczął się jakby dziwny mecz: Vuka stawiano coraz wyżej, a wspomnienie o Dositeju wypierano. Pewien szczególny rodzaj publicystycznej retoryki coraz częściej, niemal agitacyjnie, wychwalał nie tylko prawdziwe dokonania Vuka, ale też jakąś nieokreśloną „vukowską myśl”, jakiś „vukowski światopogląd”, a nawet „vukowską filozofię”. Niewątpliwie wielkie dzieło Vuka, dotychczas dokładnie kodowane filologicznie i etnograficznie, zaczęło nagle otrzymywać nową, autonomiczną mityczną wartość. Coroczne ludowe festyny w Tršiciu [rodzinnej wsi Vuka], z tańcami i ze śpiewami, coraz częściej przypominały kościelne odpusty, a Vuk po trochu przemieniał się w nowo tworzonego świętego.

Miałem zaszczyt przemawiać na jednym z festynów w Tršiciu. Uważałem, że geniusz Vuka zasługuje na parę słów bardziej obiektywnych niż puste pochwały. Przedtem dokładnie przejrzałem jego słownik i podkreśliłem wszystkie pojęcia, które choć trochę dotyczyłyby miasta i miejskiego życia. Mimo że nie oczekiwałem wielkich odkryć, zdziwiłem się, zobaczywszy, czego brakuje. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale w słowniku Vuka nie ma hasła „ulica” w dzisiejszym znaczeniu. Ulica to u niego jakaś niewystarczająco określona przestrzeń przed frontem domu (jeśli dobrze pamiętam, tylko w Mačvie), a potem dopiero jako drugie albo trzecie znaczenie – w Dubrowniku – także sokak [krótka, wąska uliczka]. Hasło grad [miasto, gród warowny, twierdza] dotyczy twierdzy, a nie miasta, a građanka [tu: mieszkanka miasta] to mieszkanka twierdzy i, co chyba było zrozumiałe, turecka nałożnica, femina ex arce

Próbowałem, melancholijnie, ale z przekonaniem, podkreślić wielkość dzieła Vuka. Miał odwagę w warunkach tragicznego zacofania ogłosić kulturowe ambicje narodu, którego większa część wciąż jeszcze żyła w kraju bez ulic… Ciekawe, że swymi stanowczymi tezami obraziłem nie narodowe, ale polityczne uczucia osobistości w pierwszych rzędach. Ze zdziwieniem pojąłem, że Vuka, oprócz tego, kim był naprawdę, już wtedy traktowano jako uroczyście ustanowioną serbską partyjną ikonę, której nie wolno było tknąć.

Vukowi oczywiście nie można przypisać winy za wszystko, co z jego romantycznego zachwytu nad Serbią bez ulic dało się później wysnuć. Tak jak żadna wina nie obciąża – w innym ciągu zjawisk – ani Wagnera, ani Nietzschego. Ale w ponurych latach, któreśmy przeżyli, chora fascynacja ikoną Vuka osiągnęła szczyty. W przygotowaniu wojny i w toku wojny Vuk był kultową figurą numer jeden; najaktywniejsi uczestnicy mityngów zapuszczali przesadnie antyzachodnie wąsy; niekiedy przebierali się w kostium na wzór wielkiego serbskiego językoznawcy i pisarza. Brakowało tylko jego nieszczęsnego fezu, bo niedouczeni – a tacy są – gniewni wyznawcy Vuka nie wiedzieli, że istniał także fez chrześcijański, a więc serbski…

W zbiorowym szaleństwie ogłupione masy nosiły na patykach wielkie fotografie Vuka, które były liczniejsze niż wizerunki świętego Sawy i ojca Sawy, świętego o imieniu Simeon Mirotočivi [Roztaczający Wonie], tego niezbyt łagodnego burzyciela miast bizantyjskich i bułgarskich… Parlamenty w krajinach[6] i tak zwanej Republice Serbskiej zasiadały i podejmowały decyzje pod wielkimi portretami Vuka. W myśl decyzji tych parlamentów burzono miasta, a miejscy Serbowie, z Zagrzebia, Sarajewa i miast slawońskich, skazani zostali na niepewny los, w rewanżu rabowano zaś puste i ledwie zasiedlone płaskowyże, zdobywano wioski i sady. Była to bardzo okrutna, bardzo krwawa, ale i bardzo archaiczna wojna. Jakaś przyszła, powiedzmy, etnopsychoanaliza zmierzy, ile w absurdalnych i dziwacznych wyborach serbskich celów wojennych było podświadomych fantazmatów. Czy tym, którzy na kijach nosili ogromne konterfekty Vuka, jego demoniczna*, a więc półboska postać nie obiecywała ucieczki ze współczesnego świata i powrotu do dawno, dawno utraconego raju.

Człowiek niedouczony łatwo ulega sugestii obrazu i dźwięku (dodajmy, że oprócz telewizji również gęśle skutecznie uczestniczyły w zaczarowywaniu), ale niekiedy zadziwiająco łatwo i prawidłowo rozszyfrowuje najbardziej skryte przesłania. Wszyscy rozumieli, co żuawski, antyzachodni kostium Vuka Karadžcia proponuje Serbom oraz gdzie ich wzywa. Tak jak bezbłędnym instynktem ludzi prymitywnych natychmiast wyczuli, że kostium Dositeja Obradovicia zdecydowanie ich odpycha, bo zwraca w zupełnie innym kierunku. Prawdopodobnie dlatego w ohydnej maskaradzie, która poprzedzała przelewanie krwi, a potem mu towarzyszyła, wśród tysiące razy powielonych ikon mitycznych przodków i serbskich półbóstw ani razu i ani jedną literą nie pojawiła się mądra i łagodna diderotowska postać Dositeja Obradovicia, co jednak daje trochę nadziei na przyszłe „życie i przygody”[7] nowych dositejowskich Serbów.

 

Z serbskiego przełożyła Magdalena Petryńska

 Esej publikujemy dzięki uprzejmości Kseniji Anastasijević, żony autora; pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Republika” 1996, nr 138, wznowiony w tomie Bogdan Bogdanović, Tri ratne knjige (Trzy książki wojenne), Novi Sad: Mediterran,  2008.

„Republika” była pierwszym opozycyjnym czasopismem w ówczesnej Jugosławii, ukazującym się od marca 1989 roku. W jej winiecie widniał podtytuł: „Organ obywatelskiego samowyzwolenia”, co nabrało szczególnego znaczenia, gdy zamiast procesu demokratyzacji rozpętał się wojenny żywioł strachu, nienawiści i przemocy. „Republika” nie tylko pozostała organem obywatelskiego oporu przeciwko wojnie, ale skupione wokół niej środowisko nie szczędziło wysiłków w inicjowaniu dialogu i zapobieganiu eskalacji konfliktu. W 1996 roku na jej łamach pojawił się cykl Grad i gradjanin (Miasto i jego obywatel) – rozpoczął się od zrujnowanych miast Bośni, a z czasem podjęto temat zrujnowanych, w inny sposób, miast serbskich. Esej Bogdanovicia był głosem w tej debacie.

 

[1] Tam, gdzie wydaje mi się to konieczne dla zrozumienia tekstu, podaję w kwadratowych nawiasach komentarz zawierający datę wydarzenia bądź znaczenie słowa. (Prócz przypisu oznaczonego gwiazdką, wszystkie inne pochodzą od tłumaczki).

[2] Przytoczone za Bogdanem Bogdanoviciem.

[3] Beli grad, czyli Belgrad.

[4] Mowa o opublikowanej w 1996 roku co najmniej kontrowersyjnej książce Eine winterliche Reise zu den Flüssen Donau, Save, Morawa und Drina oder Gerechtigkeit für Serbien (Podróż zimowa nad Dunaj, Sawę, Morawę i Drinę albo sprawiedliwość dla Serbii).

[5] Czyli najogólniej mówiąc, Serb ze ścisłej, „starej” Serbii.

[6] Chodzi o samozwańcze „państwa” Serbów na terytorium Chorwacji.

* Trudno się powstrzymać od trochę nienormalnych rozważań o przeraźliwie nienormalnych zjawiskach. Przekonany jestem, że jeszcze nie straciły aktualności romantyczne poglądy, według których język jest wyblakłą mitologią (Herder, Schelling), ale też przeciwne dedukcje, że nieporozumienia językowe (m.in. homonimy, paronimy) generują paradoksalne niekiedy wyobrażenia mityczne (Max Müller, a potem Cassirer). Jeżeli tak jest, otwiera się głęboka przepaść łańcuchowej metody skojarzeń: Vuk (Karadžić) = vuk (canus lupus, wilk) = vuk (wilk), serbskie zwierzę totemiczne… i jeszcze dalej: chromy vuk = Chromy Daba (Diabeł) = w chrześcijaństwie demonizowane bóstwo słowiańskie, itd., itd. (zob. Čajkanović, Stara srpska religija).

[7] Aluzja do tytułu autobiografii Obradovicia: Život i priključenija Dimitrija Obradovića.

 

O autorach

Bogdan Bogdanović

Wybitny serbski architekt i urbanista, teoretyk urbanistyki i filozof miasta, pisarz i eseista (1922–2010). W czasie drugiej wojny światowej walczył w partyzantce Tity. Po studiach architektonicznych w Belgradzie pracował zarówno projektowo, jak i naukowo. Wykładał na Wydziale Architektury Uniwersytetu w Belgradzie. W latach 1982–1986 był burmistrzem Belgradu. W roku 1987 przeszedł na emeryturę. W 1993 roku po dojściu Slobodana Miloševicia do władzy udał się na emigrację, początkowo do Paryża, by ostatecznie osiąść w Wiedniu, gdzie mieszkał już do końca życia. W architekturze stworzył indywidualny język form, którego przykładem jest jedna z jego najbardziej znanych realizacji – założenie pomnikowe w miejscu dawnego faszystowskiego obozu koncentracyjnego w Jasenovacu. Twórczość Bogdanovicia należy do szczytowych osiągnięć architektury XX wieku w Europie Środkowo-Wschodniej. Nie mniej ważna jest jego twórczość eseistyczna poddająca refleksji miasto, zwłaszcza w obliczu tego, co działo się na Bałkanach w latach dziewięćdziesiątych. Bogdanovicia uważa się za twórcę pojęcia urbicide (miastobójstwa).

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Copyright © Herito 2020