MAMY NA OKU

Recenzje

Dezső Kosztolányi, „Złoty latawiec”, przeł. Irena Makarewicz, Officyna, Łódź 2020

Dezső Kosztolányi zalicza spektakularny powrót na polski rynek wydawniczy. Spektakularny, bo w ciągu ostatniego dziesięciolecia ukazały się u nas aż trzy jego książki, dzięki czemu możemy wreszcie powiedzieć, że znaczną część twórczości jednego z najważniejszych węgierskich pisarzy mamy już przyswojoną. Zaskakujące jednak, że to lata 2019–2020 przyniosły aż dwa przekłady świetnych książek Kosztolányiego, tak jakby zapotrzebowanie na jego pisarstwo nagle wzrosło: krótkie opowiadania wydane pod zbiorczym tytułem Dom kłamczuchów, przełożone przez Teresę Worowską, oraz powieść Złoty latawiec w tłumaczeniu Ireny Makarewicz. To literatura wciąż świeża – w dodatku aktualizująca się w niepokojący sposób –skupiająca się przede wszystkim na opisaniu relacji między prawdą a zmyśleniem, a także wyrażeniu świadomości nieuchronnie zbliżającej się śmierci.

Złotym latawcu śmierć odgrywa zresztą kluczową, strukturalną wręcz rolę, a jej widmo, podążające krok w krok za głównymi bohaterami, da się wyczuć już od pierwszych stron. Wspomniani bohaterowie to mieszkańcy prowincjonalnego węgierskiego miasteczka Sárszeg (które regularnie powraca w utworach Kosztolányiego jako odpowiednik Szabadki, gdzie pisarz przyszedł na świat): Antal Novák, wymagający i zachowawczy nauczyciel matematyki; Hilda, nastoletnia córka Nováka, półsierota, spotykająca się wbrew woli ojca z jednym z jego uczniów Tiborem; a także Vili Liszner, przywódca klasy, sportowiec, a przy tym dość mierny student. Najważniejszą postacią jest bez wątpienia Novák, spaja bowiem dwa wątki, które – przynajmniej do pewnego momentu – rozgrywają się w powieści równolegle. Pierwszy z nich skupia się na Hildzie i na jej relacji z Tiborem, a także na konflikcie, jaki zakazana relacja powoduje między ojcem a córką; dość powiedzieć, że jego rozwiązanie nie należy do najfortunniejszych. W drugim zaś wątku poznajemy historię Vilego, który tuż przed maturą nieudolnie odpowiada na pytania nauczyciela i ściąga na siebie jego gniew – nasilający się już zresztą od dłuższego czasu. Te okoliczności stają się zarzewiem dalszego sporu i skutkują oblaniem przez Vilego egzaminu dojrzałości. Konsekwencje tego zdarzenia okażą się zgoła katastrofalne, ponieważ doprowadzą do śmierci jednej z postaci. Gdyby jednak zdradzić, kto umiera, kiedy i w jaki sposób, natychmiast zepsułoby to nieco perwersyjną zabawę, jaką jest oczekiwanie na tragiczne zakończenie.

W tym sensie Złoty latawiec można by potraktować jako quasi-kryminał. Akcja nie toczy się wprawdzie tak szybko jak u skandynawskich mistrzów, mimo to powieść Kosztolányiego zaskoczy niejednego czytelnika, który po czterystustronicowej książce mógłby spodziewać się raczej powieści obyczajowej albo psychologicznej niż historii z dreszczykiem. Fakt, autor Ptaszyny był pisarzem mieszczańskim w pełnym tego słowa znaczeniu – a realistyczna, poukładana, chronologicznie spójna i niekontrowersyjna literatura, mówiąca o życiu przeciętnych ludzi, była mu najbliższa – niemniej w swoich tekstach (również publicystycznych) regularnie występował przeciwko drobnomieszczańskiej, tradycjonalistycznej i zachowawczej części społeczeństwa. Podobnie jest i w tym wypadku. Jasny, klarowny styl, jakim operuje pisarz, może nie wzbudzi zainteresowania miłośników literatury eksperymentalnej, ale świetnie służy temu, na czym Kosztolányiemu zależało najbardziej, a mianowicie krytyce państwowych instytucji: szkoły, policji, sądów.

System edukacji jest jednym z najważniejszych tematów poruszonych w Złotym latawcu. Kosztolányi poddaje wiwisekcji węgierskie gimnazjum i pokazuje, w jaki sposób wychowuje się nastoletnich chłopców. Z jednej strony dowodzi, że rygorystyczne, a niekiedy wręcz faszystowskie metody edukacyjne, reprezentowane w powieści przez nauczyciela łaciny i greki Ferenca Fórisa, są z góry skazane na porażkę – ścisły, wojskowy dryl (opisywany kilkadziesiąt lat później w tak wstrząsający sposób przez Gézę Ottlika w Szkole na granicy) zniechęca uczniów do nauki albo, co gorsza, krzywdzi ich na całe życie. Z drugiej zaś pokazuje, że nieco bardziej postępowy projekt Antala Nováka, choć oczywiście daleko mu do leseferyzmu, wcale nie przynosi lepszych efektów. Dlatego wniosek, jaki płynie z lektury, jest właściwie dość przygnębiający. Kosztolányi zdaje się bowiem mówić, że między pokoleniami znajduje się, i zawsze będzie się znajdować, nieusuwalna bariera, która uniemożliwia jakąkolwiek formę komunikacji. Takie wnioski potwierdza też rozwiązanie wątku Hildy – nie mogąc porozumieć się z ojcem, dziewczyna ucieka z Sárszegu i zostawia rodzica samego. Nic dziwnego, że powieść nazywano „antypedagogiczną”. Odsądzano ją od czci i wiary za moralnie dwuznaczne zakończenie, w którym powieściowy zbrodniarz pozostaje nieukarany. Kosztolányi, poruszony tymi uwagami, a może próbując poszerzyć grupę odbiorców powieści, przygotował wersję książki dla młodzieży, w której nacisk położony był na nieco inne kwestie, a pesymistyczny wydźwięk został złagodzony. Powstał z tego jednak tekst mający pod względem fabuły niewiele wspólnego ze Złotym latawcem, co chyba dowodzi, że autor naprawdę nie wierzył w możliwość międzygeneracyjnego porozumienia.

Tym ciekawsze więc, że scysja między Antalem Novákiem a Vilim Lisznerem rodzi się z powodu właściwie drobnego nieporozumienia. Ale – trochę jak u Kafki albo Polańskiego – pozornie niegroźna sytuacja gwałtownie eskaluje i nie sposób jej opanować. Dochodzimy zatem do momentu, kiedy Novák, upokorzony przez swojego ucznia, który mści się na nim za oblany egzamin, szuka sprawiedliwości: najpierw u adwokata, a potem na komisariacie. Spotyka się jednak z indolencją władzy sądowniczej, a także z jawnym lekceważeniem ze strony funkcjonariuszy policji, w związku z czym jego sprawa utyka w martwym punkcie. Kosztolányi bezlitośnie wyśmiewa ślamazarność i zagubienie urzędników, portretując Węgry jako państwo apatyczne, które nie jest w stanie rozwiązać najprostszych problemów. Podobnie bezradny jest dyrektor szkoły i inni dydaktycy, którzy w przeszłości już musieli mierzyć się ze swoimi podopiecznymi. Oparciem dla nauczyciela – który wydaje się należeć do ważnej części społeczeństwa, odpowiedzialny za wychowanie dzieci – nie są też mieszkańcy Sárszegu, wręcz przeciwnie. Autor opisuje miasteczko nie tylko jako „chore, upite winem, przeniknięte smutkiem, leniwe”, lecz także jako wsobne, zamknięte, pełne zawiści. Wisienką na torcie jest lokalna gazeta, „Bicz” – daleki przodek dzisiejszych portali plotkarskich – prowadzona przez sfrustrowanego dziennikarza, z którym jednak trzeba się liczyć, bo dysponuje groźną, opiniotwórczą bronią. Satyra Kosztolányiego rozciąga się zatem również na ten aspekt życia publicznego, co czyni ze Złotego latawca między innymi wyrazisty społeczny pamflet o demaskatorskich ambicjach.

Ale sposobów lektury tej powieści jest o wiele więcej. Taka jest zresztą cała twórczość Kosztolányiego: podatna na wariantywne odczytania, przejrzysta, a jednocześnie niezwykle precyzyjna w opisie analizowanych mechanizmów. I – co chyba najważniejsze – mówiąca zawsze o człowieku, o jego potrzebach, pragnieniach, a przede wszystkim o porażkach, których dotkliwość nieraz całkowicie przesłania radość z życia. Złoty latawiec, momentami przygnębiający i trudny, jest właśnie taką powieścią.

Maciej Libich

Copyright © Herito 2020