geografia wyobrażona

Tożsamości wyobrażone

Geografia wyobrażona

Publikacja: 12 sierpnia 2021

NR 2 2011

TAGI DO ARTYKUŁU

DO LISTY ARTYKUŁÓW

Zmagania pomiędzy próbami ustanowienia jednej spójnej wersji historii a nieustannym domaganiem się jej rewizji rozkładają się na wiele poziomów. I tak historycy walczą o wypracowanie historii narodowej, a naukowcy angażują się w ustanowienie kanonu literatury czy kompendium dzieł sztuki, do których wytworzenia okazał się zdolny jakiś naród. Skąd się bierze ta nieustanna konieczność rewidowania? Europa Środkowa, pojęcie niezwykle trudne do sprecyzowania, jest dobrym przykładem ilustrującym ten proces, pokazuje, jak próba sił zaczyna się już wewnątrz każdego słowa.

Słowa warunkują pojęcia, które tworzymy, by zrozumieć i usystematyzować rzeczywistość. W jednym z wierszy z tomu Piesek przydrożny (1997) Czesław Miłosz mówi o tej arbitralności znaków w taki sposób:

Nazwa
Wspaniałość była wielka, ale wymyślona:
blask mieszkał w nazwie Emberiza citrinella,
nie w ptaku, drzewie, kamieniu czy chmurze.

Piękno zwierzęcia można zatrzymać w oznaczającej je łacińskiej nazwie. W powieści Dolina Issy (1955) jej główny bohater, Tomasz, spędza najszczęśliwsze godziny swego dzieciństwa, tworząc atlas naturalisty, w którym umieszcza rysunki oraz zapisuje nazwy i cechy zwierząt poznanych w dziewiczych lasach Litwy. Oczywiście nie każdy będzie mógł ożywić zapach lasów Północy czy szmer wiatru i wody w kombinacji dwóch łacińskich słów przypisanych pewnemu gatunkowi. Jedynie ten, kto wie, że poeta mówi o trznadlu, przywoła obrazy będące czymś więcej niż tylko dźwięcznością nazwy łacińskiej. Babcia Tomasza podłożyła jego zeszyt pod chwiejącą się nogę łóżka; na niej wiedza przyrodnicza wnuka nie robiła żadnego wrażenia.

Historia zeszytu odkrywa nam niezwykle prostą prawdę: nawet piękno rzeczy tak namacalnych jak drzewo, kamień czy chmura tworzymy dzięki przeżyciu. Piękno zatem musi być wymyślane ciągle na nowo.

Lasy Północy, wysmukłe brzozy o białej korze, ziemia nasiąknięta wodą, skórzane buty nad kolana, podchody za zwierzyną o świcie, miłosne tokowanie głuszca – wszystkie te elementy wyznaczają jeszcze inny rodzaj doświadczeń bohatera literackiego. Tomasz „widział nie tylko szczegóły wokół siebie, ale także siebie widzącego te szczegóły, czyli zachwycał się rolą, w jakiej występował” [1]. Sposób, w jaki wyginał stopę, podchodząc ku zwierzynie, wyrażał świadomość, trochę za mocną, własnej zręczności.

Ciekawość poznania tego, jak ktoś się czuje w roli kochanka, jest często dla ludzi ważniejsza niż sam obiekt miłości. W miłosnej gorączce gesty i słowa mogą stać się trochę fałszywe, ponieważ człowiek odgrywa przed samym sobą rolę w imię zbliżenia się do ideału, jaki sobie wyznaczył. Chce pokazać się w jakimś wcieleniu, niczym aktor, a równocześnie drugą częścią siebie udowodnić, że jest tym kimś niezupełnie[2].

Raj niewinności, w którym człowiek może działać nie myśląc o swej roli, jest nieosiągalny i już niemieccy pisarze romantyczni wiedzieli o tym dobrze[3]. Więcej nawet, kiedy rola przypisana człowiekowi jest tak mocno ograniczona, że może ją wyczerpać pięć słów dziecięcej piosenki – zmęczony, wykończony, chory, chorszy, trup – nietrudno zdać sobie nagle sprawę z tego, że już od dawna stąpa się w powietrzu i właśnie spada w przepaść[4]. Różowa Pantera czy myszka Jerry utrzymują się jeszcze w powietrzu, jeszcze biegną i nie wiedzą, że nie mają już ziemi pod łapkami. Dopiero w momencie gdy zaczynają zdawać sobie z tego sprawę, spadają. Życie staje się nieznośnym ciężarem, jeśli ktoś utraci model zachowania społecznego i nie znajduje roli, w której chciałby się odnaleźć. Rysunkowe postaci odzyskują siły już w chwilę po upadku, lecz istoty ludzkie – nie.

Peter Handke w swojej powieści Pełnia nieszczęścia (Wunschloses Unglück, 1972) pokazuje, jak brak przyjętej roli społecznej może doprowadzić do śmierci, tak jak doprowadził do śmierci jego matki. Szukając powodów, które przywiodły ją do samobójstwa, dochodzi do przerażającego wniosku, że przypisana jej rola została z góry ustalona i zamknięta w słowach dziecięcej piosenki z Karyntii. Matka – urodzona w społeczności, której przeznaczeniem było zniknąć, wśród Słoweńców żyjących w Austrii, uwięziona w sieci spetryfikowanych relacji społecznych, niemal bez żadnej możliwości wyboru – przeszła pięć kroków prowadzących od zmęczenia do śmierci. Brakowało jej uczucia zadowolenia, z jakim młody Tomasz Surkont tropił ślady głuszca w lasach Północy. Nie powinniśmy zatem wzgardzać ot tak wymiarem człowieczeństwa mierzalnym jedynie parametrami imaginacyjnego piękna.

Wielkie imaginacyjne piękno narodu dostarcza ram akceptowanych przez jednostki jako obraz społeczeństwa idealnego, wspólnoty wyobrażonej. Owe ramy mają tę samą naturę co radość nastolatka przed pierwszym polowaniem na głuszce. „Pragnę być dokładnie tym, kim postanowiłem” – brzmi motto chłopca owładniętego jeszcze uniesieniem charakterystycznym dla młodzieńczego zapału. W przypadku Tomasza Surkonta nadejście upragnionego dnia przynosi wielkie rozczarowanie, zamiast realizacji marzeń, przeżywa on głęboki wstyd. Pod jego stopami trzeszczy złamana gałązka, nie może zdobyć uznania pozostałych myśliwych.

Również naród ma swój wymiar idealny. Uprzednia w stosunku do samego aktu i dobrowolna wiara, że połączenie jest możliwe, to warunek konieczny do ustanowienia więzów, dzięki którym jednostki mogłyby uznać same siebie za naród. Lecz tylko wiara nie wystarczy. Naród to twór wysoce pragmatyczny, mogący zmobilizować wszystkie grupy społeczne, lecz jednocześnie domagający się odpowiedzialności, konkretnej i rzeczywistej. Same patriotyczne pieśni, chorągiewki i napuszona retoryka nigdy nie wystarczą do zdobycia kredytu zaufania dla wspólnego projektu. W tej walce należy zdobyć legitymizację nadaną z nieprzymuszonej woli przez wszystkich zainteresowanych włączeniem się do zbiorowego dzieła. Trzeba zabiegać o uzyskanie wsparcia koniecznego dla jego stworzenia i o zdobycie „kredytu produkcyjnego”[5]. Negowanie zaś istnienia rzeczy takich, jakie są, nie przysłuży się sprawie. Niektóre z organizmów politycznych – Austro-Węgry, Jugosławia czy Związek Radziecki – doświadczyły już nieszczęścia nagłej śmierci, mimo że miały do dyspozycji wystarczającą ilość środków, by przekonać swych mieszkańców, czym jest idealna społeczność, z którą powinni się identyfikować.

Środkowa część kontynentu – germański olbrzym i gromada małych narodów – wystawia nas na próbę: czy jesteśmy, albo nawet czy będziemy kiedykolwiek zdolni pojąć tę mozaikę lądu, na którym żyjemy?

Czy kiedykolwiek będziemy zdolni zaakceptować przeszłość pokazaną z innego punktu widzenia? Czy pozbędziemy się strachu przed partykularyzmami?

Zmagania pomiędzy próbami ustanowienia jednej spójnej wersji historii a nieustannym domaganiem się jej rewizji rozkładają się na wiele poziomów. I tak historycy walczą o wypracowanie historii narodowej, a naukowcy angażują się w ustanowienie kanonu literatury czy kompendium dzieł sztuki, do których wytworzenia okazał się zdolny jakiś naród. Skąd się bierze ta nieustanna konieczność rewidowania? Europa Środkowa, pojęcie niezwykle trudne do sprecyzowania, jest dobrym przykładem ilustrującym ten proces, pokazuje, jak próba sił zaczyna się już wewnątrz każdego słowa.

Wewnątrz słowa

Każda definicja Europy Środkowej jest pewną interpretacją i należy ją mieć na względzie. Znaczenie bowiem nie pochodzi od słowa, lecz od tego, co ono reprezentuje, określa i desygnuje. Na sposób, w jaki słowo czy znak w ogóle dochodzi do ukonstytuowania swojej zawartości, decydujący wpływ ma punkt widzenia dominujący w danej społeczności.

W syntagmie takiej jak „Europa Środkowa” znaczenia nachodzą na siebie i się zderzają. Fakt, że nie osiągają pełnej harmonii, jest odbiciem o wiele szerszych konfliktów społecznych. Poza każdym znaczeniem stoi zamiar ustanowienia go jedynym z możliwych. Chęć zneutralizowania warstwy znaczeniowej słowa jest jednak aktem politycznym i ukazuje pragnienie władzy, by zapewnić trwałe połączenie między znaczącym a znaczonym, między formą a treścią. Pragnienie to nazwiemy ideologią.

Nie istnieje żaden neutralny sposób obserwacji otaczających nas fenomenów i przekształcania ich w język. Aby zdyskwalifikować jakąś postawę i nazwać ją ideologiczną, zabarwioną politycznie czy intencjonalnie, należałoby dysponować punktem odniesienia wolnym od jakichkolwiek wcześniejszych uwarunkowań; należałoby korzystać ze słów w stanie czystym, dziewiczym i podstawowym. Jak to uczynić, skoro język rodzi się z komunikacji, a każde słowo zawsze i od zawsze mieści w sobie oceny własne i innych, niekoniecznie zbieżne?

Sfera komunikacji jest polem walki pomiędzy siłami statycznymi a dynamicznymi, wprowadzającymi ruch, zmiany oraz dywersyfikację. I właśnie ta walka odpowiedzialna jest za pojawianie się wciąż nowych znaczeń. Natomiast organizmy społeczne, nacechowane przez system monologiczny, dążą do wytworzenia świadomości bliskiej mitowi. Oto epicki świat, budujący swój obraz zgodnie z regułami gatunku literackiego: świat zunifikowany i jedyny, poza którym nie istnieje nic ani nic nie jest potrzebne. Stan, w którym słowa stają się jednoznaczne. Inaczej niż podczas okresów kryzysu i rewolucji, wewnętrzna walka ucisza się i pozostaje tylko jeden głos dyktujący prawdę. Monolog w skrajnej postaci neguje istnienie jakiejkolwiek innej świadomości poza swoją własną, odrzucając możliwość przyznania odmiennym punktom widzenia jednakowych praw i obowiązków. Jest to dyskurs, w którym wszystkie schematy wartości ideologicznych, wszystkie akty znaczeniotwórcze oraz wszystkie impulsy kreatywności zostają podporządkowane hegemonii jednej i jedynej świadomości czy perspektywy.

Wypowiedź słowna jako jedyna zdolna jest do uporządkowania doświadczeń, a co za tym idzie – wszystkiego; nawet ludzie z krwi i kości muszą poddać się konceptualizacji. Dlatego lepiej jest odrzucić przeświadczenie, że słowa mają wewnętrzną, właściwą sobie istotę. Znaczenie słowa może zostać określone tylko wtedy, kiedy weźmiemy pod uwagę dwa czynniki: to, kto mówi i w jakich warunkach.

Paul Ricoeur podczas wykładów wygłoszonych w 1975 roku na Uniwersytecie w Kalifornii opowiedział się za koniecznością przyjęcia bardziej krytycznej postawy w stosunku do naszych własnych uwarunkowań lingwistycznych i ideologicznych w celu zrozumienia, jak słowo jest odbierane i słyszane w jakiejś konkretnej sytuacji. To jedyny sposób, by uniknąć dominującej ideologii, która głosi, iż rzeczywistość można przenieść do języka poprzez jednoznacznie określone znaki i ustalone znaczenia. Pamięć społeczna jest symboliczną projekcją pewnej grupy na jej własną mityczną przeszłość. I właśnie dlatego przestrzeń znaczenia tak często zmienia się w cel dominacji politycznej. Polityce potrzebna jest głęboka więź z retoryką rozumianą jako sztuka perswazji zdolnej wyzwolić emocje.

Ideologia jest w pewnym sensie wyrażeniem credo, które stanowi punkt wyjścia w dyskursie o tożsamości. Funkcją ideologii jest asystowanie przy procesie identyfikacji, a jednocześnie – tak samo jak w przypadku wymyślonej Musilowskiej Cekanii, pierwszego państwa, któremu Bóg odebrał kredyt, jak mówi pisarz – dla spójności społecznej konieczny jest pewien element, którego nie można pojąć w racjonalny sposób: dobrowolna wiara w taki właśnie porządek rzeczy.

Aby funkcja scalająca nie wytworzyła niepożądanych efektów, społeczeństwo musi włączyć w swój obieg również czynnik buntu społecznego. Utopia jest najlepszą bronią do zwalczania negatywnych skutków ideologii. Jest to jednak gatunek literacki, który zawiera pewien rodzaj podwójnej tęsknoty, ciążącej ku utraconemu rajowi przeszłości i jednocześnie ku niemożliwym do zrealizowania projektom przyszłości. Myśl utopijna łatwo może przekształcić się w eskapizm. Konieczne staje się nieustanne balansowanie pomiędzy marzeniem a praktyką, ucieczką a powrotem, utopią a ideologią. Ideologia powinna legitymizować pewną określoną władzę, natomiast utopia stara się pokazać alternatywny sposób wykorzystywania władzy. Wahanie między doświadczeniem przynależności do wspólnoty a zdolnością do zdystansowania się ukazuje drogę refleksji.

Rzeczywistość społeczna wolna od jakiegokolwiek rodzaju mediacji nie istnieje. Spory o to, jakie jest lub jakie naprawdę było życie, są zawsze konfliktem o interpretację. Zadaniem utopii jest ukazanie, że aktualna rzeczywistość nie jest naturalnym stanem rzeczy, pozbawionym jakiejkolwiek alternatywy. Dzięki zdolności języka do tworzenia i przekształcania innych możliwych światów zaczynamy rozumieć, że także rzeczywistość, w której żyjemy, tworzy się w ciągłym procesie transformacji i nie jest niezmienna.

Lata poprzedzające upadek muru berlińskiego stały się tłem dla utopijnej wizji Europy Środkowej, zasadzającej się na sprzeciwie wobec ustanowionego porządku. Poprzez coraz to nowe projekty eksplorowano granice tego, co wyobrażalne, aby wykazać, że zastany porządek nie jest porządkiem naturalnym i że pewnego dnia może ulec zmianie – co się w istocie dokonało i to nawet wcześniej, niż niektórzy śmieliby przypuszczać. Utopijna wizja Europy Środkowej z lat osiemdziesiątych XX wieku cechowała się podwójną optyką charakterystyczną dla gatunku: była jednocześnie wizją skierowaną ku przyszłości, która być może nigdy się nie ziści, oraz próbą odzyskania pamięci o złotym wieku należącym do przeszłości, która z perspektywy czasu wydawała się spełnieniem utopijnych planów.

Przypomnijmy klasyczne twierdzenie marksizmu, definiujące ideologię jako zachowanie, w którym jednostki wykonują pewne działania, nie wiedząc, dlaczego je wykonują. Społeczeństwo ponowoczesne, społeczeństwo, które wie już wszystko o Wielkich Metanarracjach, które doświadczyło systemów totalitarnych i odrzuciło je oraz które domagało się – przede wszystkim od Historii – dekompozycji i atomizacji narracji dotyczących przeszłości, to właśnie społeczeństwo stworzyło nową formułę zaciemniającej ideologizacji. Człowiek współczesny doskonale wie, dlaczego działa w taki, a nie inny sposób, lecz mimo to wcale nie przestaje działać. Znaczy to, że nie wystarczy zachowanie ironicznego dystansu ani umiejętność śmiania się z totalitaryzmu, ponieważ cynizm nie ma siły sprzeciwu, lecz stanowi jedynie część gry. Zaprzeczenie zaprzeczenia staje się potwierdzeniem dominującej ideologii.

W rok po opublikowaniu swojej powieści Die Wiederholung (1986) Peter Handke został uhonorowany Międzynarodową Nagrodą Literacką Vilenica. Był to czas, kiedy koncepcja Europy Środkowej stawała się coraz wyraźniej głównym tematem politycznym, mającym doprowadzić do istotnych zmian w politycznej koncepcji Europy. Handke, ze swojej pozycji poza wszelką ideologią, powiedział, że dla niego Europa Środkowa nie jest niczym więcej jak tylko pojęciem meteorologicznym – regionem, gdzie często pada.

W roku 1987, a prawdopodobnie i dużo wcześniej, Handke sformułował już jednak własne, reakcyjne poglądy, które doprowadziły go do wygłoszenia godnych pożałowania deklaracji na temat rozpadu Jugosławii. Handke, mimo że wiedział, o jak ważne rzeczy chodzi, uporczywie nalegał na pozostawienie maski. Aby zachować swoją niewinność, „niehistoryczne” narody, takie jak Słoweńcy, Majowie czy choćby Żydzi, pojawiający się tak często w jego twórczości, wszystkie one winny na zawsze pozostać w poddaństwie. Jedynie wtedy, kiedy nie włączą się do historii, a przede wszystkim, jeśli nie ustanowią własnej państwowości, narody te będą mogły zachować swoją pierwotną czystość.

Państwowość jest dla Handkego przymusem w najczystszej formie. Autor identyfikujący się z narodem, który w XX wieku popełnił przerażające zbrodnie właśnie w imię narodu, uznał, że z powodu Trzeciej Rzeszy należy odrzucić wszelkie próby rewindykacji narodowościowych. Ma wiele racji, kiedy stara się uświadomić nam ogromną silę represyjną państwa, jakiegokolwiek. Lecz kiedy Handke kpi ze Słoweńców, mówiąc, że musieli „wynaleźć” język, aby wydawać rozkazy swoim żołnierzom, albo że brakuje im świadomości narodowej, ponieważ, inaczej niż Serbowie czy Chorwaci, nigdy nie musieli bronić swego kraju w wojnie, przyjmuje postawę cyniczną. Istnieje podział na rządzących i rządzonych, winnych i ofiary, tych, którzy piszą historię, i tych, którzy cierpią. I wydaje się, że nic nie może zmienić tego szablonu.

W literackiej podróży Die Wiederholung Handke opisuje Słowenię, jakby to było terytorium wyjęte ze świata baśni, z „dziewiątej ziemi”[6]. Mieszkańcy, których spotyka główny bohater, są zwykłymi „cieniami wydzielającymi ciepło”[7], jak pasażerowie nocnego autobusu. Z siłą poetyckiego języka Handke przekonuje nas, że nieznajomi to jedynie gładka powierzchnia, którą musimy wypełnić tym, co jest zaledwie przypuszczeniem.

Handke przyznaje, że starał się poznać kulturę rozwijaną po drugiej stronie gór, odwiedził kraj, interesował się jego językiem i zwyczajami, lecz poniósł porażkę. Jak wiele by nam nie mówiono o tolerancji i jak gęsto by nie zapełniono dróg bilbordami przedstawiającymi ludzi wszelkich ras i wyznań, którzy podają sobie dłonie, brak zrozumienia pomiędzy kulturami pozostanie.

I tak właśnie powinniśmy rozumieć freudowski tytuł powieści Die Wiederholung (Powtórka). Choćbyśmy się bardzo starali stłumić pewne odczucia, one powracają. A w przypadku Petera Handke, który dorastał w austriackiej Karyntii, gdzie po roku 1945 presja asymilacji była niezwykle silna, powracającym odczuciem jest nienawiść lub przynajmniej niezrozumienie słoweńskiej kultury. W ostatnim zdaniu powieści Filip Kobal stwierdza, że wrócił z podróży do kraju przodków z pustymi rękami.

Ile osób na całym kontynencie europejskim, zmuszonych, by wyrzec się własnych korzeni, mogłoby się odnaleźć w bezowocnych poszukiwaniach głównego bohatera powieści Handkego? Któż to może wiedzieć, choć z pewnością jest ich dużo. W Europie jest zbyt wielu ludzi wzruszających się słuchaniem w jakimś odległym zakątku kraju niedzielnej mszy w języku, którego nie są już w stanie zrozumieć, lub studiujących archaiczne słowniki[8]. Lecz jednocześnie oburzają się, kiedy słyszą, że ten sam język miałby zostać użyty w sferze publicznej, czy to aby wydać rozkaz żołnierzom, czy to w opisie zawartości słoika konfitur. W tym sensie odpowiedzialność pisarza jest ogromna, a w jego rękach znajduje się również cała maszyneria wojenna służąca wytworzeniu wzniosłych wartości.

Obecność fizyczna

Kultura dominująca nigdy nie jest postrzegana jako statyczna; podlega ona nieustannemu rozwojowi. Można wyróżnić w niej cechy dynamiki, wzrostu i głębi. Natomiast kultury marginalne zdają się naznaczone przez stereotypy, które podkreślają zwłaszcza różnice w stosunku do metropolii. Jakie znaczenie ma taka teoria dla zdefiniowania Europy Środkowej?

Aby skonstruować figurę obcego na bazie stereotypów, nieodzowna jest wiara, że te same cechy, które odróżniają nas teraz, istniały również we wszystkich innych momentach historii. W ten sposób zarówno objaśnienia historyczne, jak i prognozy na przyszłość wytwarzają mechanizm budowania prawdy już nie tylko potencjalnej, ale wręcz przewidywalnej. Sprawne funkcjonowanie jednego stereotypu wymaga całego łańcucha kolejnych. Przynależność do odmiennej tradycji kulturowej zostaje utrwalona przez łatwo zauważalny fetysz, na przykład ciemną skórę, dzięki czemu wszystkie cechy różnicujące jednostki w grupie zostają wyeliminowane. Wspólnota zamyka się, ukonstytuowana. Dyskurs kolonialny bazuje na utrwaleniu pewnego znaczenia, które nie może zostać uwolnione i swobodnie krążyć poza typologią różnicy[9].

Odrzucenie grupy społecznej na podstawie takiego fetyszu wymaga skonstruowania porządku symbolicznego, w którym związek pomiędzy rzeczywistością zewnętrzną i obiektywną a doznaniem wewnętrznym i subiektywnym zostaje wyparty lub zerwany. Istnieje teatr, na którego scenie wystawiono waszą prawdę, zanim ją jeszcze poznaliście, powiedział Slavoj Žižek, charakteryzując podstawowy aspekt ideologii[10]. Wszystko odbywa się w zamkniętym kręgu. Zdarzenia rozgrywane na tej scenie są niezmienne, zawsze takie same.

Jeśli wyobrazimy sobie rzeczywistość jako sztywny układ wątków w osnowie, pozwolimy na wszelkiego rodzaju manipulacje. Nie ma żadnego sensu stwierdzenie, że Europie Środkowej przeznaczona jest demokracja jako konsekwencja istnienia chrześcijaństwa, renesansu, oświecenia, Cesarstwa Niemieckiego czy Austro-Węgier, architektury barokowej i kawy z bitą śmietaną[11]. Ponieważ w tym samym zdaniu musielibyśmy dodać, że dawni poddani Imperium Osmańskiego skazani są na historyczne zacofanie, dlatego że piją kawę po turecku.

Osnowa argumentacji ideologicznej jest niczym kapa z surowego jedwabiu, pełna węzłów powstałych z nierozwiniętych do końca kokonów, gdzie kryją się jeszcze metry skręconej nici. Są to niewidoczne argumenty – te, których nie wzięto pod rozwagę. Przędza kapy jest mocno skręcona, lecz ta doskonale spełnia swą funkcję, oto jednowymiarowe przykrycie, o które nikt nie zapyta, czy skrywa więcej nici, niż się to zdaje na pierwszy rzut oka.

Czesław Miłosz utyskiwał na białą plamę na literackiej mapie Europy, rozciągającą się ponad obszarem Europy Środkowej, mówiąc, że „na wschód od Niemiec na białym tle mógłby figurować napis Ubi leones, i ta dziedzina zwierząt leśnych oznaczała[by] zarówno Pragę (wspominaną niekiedy tylko z okazji Kafki), jak Warszawę, Budapeszt czy Belgrad. Dopiero dalej na wschód pojawiała się na mapie Moskwa”[12].

Na mapach pierwszych odkrywców nieraz całe regiony pozostawały bez jednego znaku. Białe plamy na mapie tego, co znane, opisywano jako ubi leones lub wcale, uznając fakt, że są to miejsca dopiero wymagające zbadania, poznania i zrozumienia. A jeśli ich eksploracja nie była możliwa, należało przyznać się do własnej niemożności i pozostawić białe miejsca. Lecz ideologiczna kapa nie zna podobnej uczciwości; kilka cech, niedokładnie określających charakterystyczne rysy danego narodu czy ziemi, przekształca się w zręcznych rękach tkaczy w wątek i osnowę. Starczy kilka ruchów czółenka, by kapa stała się gotowa do użytku jako definitywna odpowiedź odkrywająca tajemnicę obcego. Takie właśnie utrwalenie stereotypów w sztywnym układzie wątków w osnowie wykorzystano podczas najpotworniejszych aktów dyskryminacji, jakie zna ludzkość.

Znaczy to, że należy znieść nawet samą możliwość uznania istnienia stereotypów tożsamościowych. Aby zapobiegać dyskryminacji, musimy odrzucić nie tylko istniejące już stereotypy, ale również samą możliwość redukcji jakiejś grupy społecznej do stereotypu. Oto przyczyna tylu zabiegów, by nie określać typowych cech Europy Środkowej, by nie definiować pojęcia na podstawie znamion, jakie każdy, kto chce zostać włączony do wspólnoty, powinien bezwzględnie posiadać. Kulturowy determinizm, typologia regionu wraz z zestawem jego indywidualnych atrybutów nie przyniosłyby zbyt wielu korzyści.

Europa Środkowa to pojęcie obejmujące fenomeny obecne w pewnej przestrzeni geograficznej. Istnienie wspólnego mianownika lub jego brak niczego nie zmienia, sztuka, kultura, życie polityczne i codzienne na Węgrzech czy Litwie, w Austrii lub Chorwacji będą trwały, ewoluowały i przekształcały się. Wielka biała plama w zachodnich atlasach, figurująca na mapie kulturalnej regionu, świadczy jedynie o braku wiedzy i nie może unieważnić niczego, co się tam znajduje.

Europa Środkowa to obszar, którego fizyczna obecność jest oczywista. Może zniknąć wchłonięta przez inną kategorię, mimo to jednak jej powierzchnia, jej fizyczne ciało będzie wciąż obecne w jakimś miejscu.

Będzie trwać, niezmienna przez wieki, niezmienna mimo zmiennego nazewnictwa, które to zwiększa, to zmniejsza, a czasem zupełnie likwiduje jej przestrzeń. Europa Środkowa jest fizycznie obecna, dlatego wszelka dyskusja dotycząca samego terminu pociąga za sobą dyskusję nad znaczeniem słowa.

Europa Środkowa nie pozwala się zdefiniować. Stwierdzenie to należy doprecyzować, jako że Europa Środkowa nie pozwala się zdefiniować za pomocą cech wystarczająco jednoznacznych i swoistych, by się odróżniać wyraźnie od innych pojęć, z którymi współzawodniczy.

Franz Kafka, opowiadając o odległej kolonii, łączy rzeczywistość wyspy z metropolią cienką nitką. Binarna opozycja, topos konfliktu między centrum a peryferiami, jest możliwa dzięki obecności Forschungsreisende, który odwiedza wyspę. Podróżnik nie przynależy ani do świata metropolii, ani kolonii, jest badaczem umiejącym porównać odmienne systemy kulturowe, obektywnym obserwatorem, wolnym od wszelkiego rodzaju przesądów. Wszystko, co dzieje się w kolonii, ma znaczenie tylko daltego, że widział to ktoś, kto nie należy do tej zamkniętej wspólnoty. W zakończeniu opowiadania podróżnik wraca na swój statek. Bezkresny ocean oraz mobilność łodzi to jego ojczyzna[13].

Opowiadanie Kafki otwiera drogę ku refleksji nad sposobem, w jaki systematyzujemy otaczający nas świat. Rozkład paradygmatów rozpoczął się już na początku XX wieku i nie zastąpił ich żaden nowy model pozwalający na dokonanie wiarygodnych porównań. Od momentu podpisania traktatu wersalskiego, wyznaczającego granice Europy po pierwszej wojnie światowej, nieustannie trwa napływ wciąż nowych elementów. Dyskusja bazująca na związkach między centrum a peryferiami sprzed roku 1919 nie jest już możliwa. Kolejną odsłoną w procesie przewartościowywania wielkich paradygmatów była druga wojna światowa. Natomiast trzecią jest z pewnością rok 1989. W mieszaninie zniuansowanych kategorii refleksja oparta na włączeniu lub wyłączeniu tradycyjnych argumentów, na albo-albo, nie jest już możliwa.

Aparat z Kolonii karnej wypisuje wyrok komendanta bezpośrednio na ciele i jedynie ciało poddane torturze zdolne jest odczytać prawdę, nieomylną i jedyną. Ani poprzedni komendant, ani oficer wypełniający rozkazy nowego, ani nawet przybywający z daleka podróżny nie znajdują się w centrum narracji. Centrum szaleńczych działań wszystkich tych osób jest dręczone ciało. Dosłownie obecne, niczym Kafkowska przestroga, że nigdy żadne prawo ani żadna władza nie są siłami abstrakcyjnymi. Walka o dominację zakłada wszczepienie własnej prawdy komuś posiadającemu ciało i, jeśli to konieczne, z brutalnością podobną do tej, jaką ukazano w opowiadaniu.

Dręczone ciało jest tu metaforą, a obojętność wobec kary nie powinna dziwić. Człowiek rozciągnięty na łóżku nie jest jednostką zdolną do posiadania świadomości, a co za tym idzie – do buntu. Bierność torturowanego skazańca jest przerażająca. Źródłem grozy nie są pasy przytrzymujące ciało na łożu tortur, lecz fakt, że samo ciało zdaje się jedynie powłoką pozbawioną substancji. W całym opowiadaniu nic, żadna myśl ani żadne uczucie, nie wyłania się ze świadomości torturowanego. Czy jest on rzeczywiście człowiekiem? Czy raczej bezkształtną masą dającą się dowolnie formować, lecz pustą w środku?

Aparat wypisuje wyrok specjalnym przyrządem, zwanym rysownikiem, lecz męczarnie zadaje przede wszystkim jeden z jego elementów, nazwany przez Kafkę die Egge, brona. Znaczy to, że częścią aparatu jest narzędzie rolnicze służące do wyeliminowania z zaoranej powierzchni wszelkich niedoskonałości. Ciało wydane na pastwę torturującej je maszyny równie dobrze może być figuratywną reprezentacją całej bezimiennej wyspy, zagubionej gdzieś na morzu. Poddane karze ciało przyjmuje ją w imieniu całej nieznanej kolonii. Los jednostki zastępuje tu los wspólnoty, a opis jednego ciała – opis ziemi. Bierność nie jest cechą podmiotu pozbawionego substancji, lecz wspólnoty niezdolnej do stworzenia świadomości samej siebie i wyartykułowania strachu. Wiele społeczności, dużych i małych, mogłoby się odnaleźć w Kafkowskim obrazie, nie tylko wspólnota żydowska z Pragi, miasta położonego we włościach Korony Austro-Węgierskiej, która w roku 1914 – kiedy Kafka napisał swoje opowiadanie – rozpoczęła już nieuchronny proces rozpadu.

Społeczeństwo nie stanowi trwałej struktury, lecz raczej pole, na którym zderzają się wykluczające się nawzajem siły i strategie. Taka koncepcja społeczeństwa w bardziej bezpośredni sposób atakuje kategorię podmiotu będącego stabilnym bytem wewnątrz mieszczańskiego społeczeństwa i dopuszcza jego dekonstrukcję. Istniejemy w postaci węzłów w sieci powiązań, jak postuluje jeden z nowoczesnych prądów filozoficznych. Lecz problemu usystematyzowania wiedzy nie zakończy usunięcie skomplikowanej maszynerii czy wprowadzenie systemów otwartych, z tysiącem studiów i bibliotek w mobilnych centrach. Przy takim podejściu jedna kwestia pozostaje wciąż nierozwiązana, kwestia, na którą Kafkowska kolonia silnie zwraca uwagę – ciało. Musimy uznać wagę tej obecności niezależnej od wszelkich domniemań. Podmiot nie jest jedynie układem sił, tymczasowym węzłem w strumieniu dyskursów i niekończących się procesów oznaczania. Jeśli zgodzimy się na to, znajdziemy się w zaułku bez wyjścia, nie mogąc właściwie uświadomić sobie oporu podmiotu. Czynnik ludzki nie jest określony w mechaniczny sposób przez systemy władzy, ponieważ istoty ludzkie mają swoistą zdolność do podejmowania działań w wyniku refleksji. Natura ludzka nie jest bytem utrwalonym i statycznym, lecz zespołem cech, zdolności i sił historycznie zmiennym. Nie tylko podmiot, ale również cała społeczność może zachować w czasach kryzysu ostatni bastion obrony przed całkowitą dominacją.

Historia nie jest bytem abstrakcyjnym, podobnie jak rysownik w kolonii Franza Kafki nie wypisuje wyroków w powietrzu, lecz na ciele, które choć bierne i zniewolone, to mimo wszystko musi być zawsze obecne. Niniejsze zapiski na temat pojęcia, jakim jest Europa Środkowa, noszą tytuł Geografia wyobrażona. Chciałabym tym oksymoronem poskromić niszczącą siłę twierdzenia, które uznaje jakiś region za wymyślony. Określenie towarzyszące rzeczownikowi stoi z nim w sprzeczności. Kto zyskuje na tym paradoksie? Pomimo wszelkich zastrzeżeń – Europa Środkowa.

Z katalońskiego przełożyła Rozalya Sasor

Esej jest autorskim skrótem ostatniego rozdziału książki L’atzar de la lluita. El concepte d’Europa Central al segle XX (Szanse walki. Pojęcie Europy Środkowej w XX wieku), Catarroja−Barcelona–Palma 2005.

[1]

Czesław Miłosz, Dolina Issy, Kraków 1981, s. 171.

[2] Tamże, s. 171−172.

[3] Heinrich von Kleist, O teatrze marionetek, w: tegoż, Dramaty wybrane, tłum. Jacek St. Buras, Kraków 2000.

[4] Peter Handke, Pełnia nieszczęścia, tłum. Sławomir Błaut, Warszawa 1975.

[5] Termin zaczerpnięty z powieści Roberta Musila Człowiek bez właściwości (1971), w której autor wkłada w usta głównego bohatera, Ulryka, następujące słowa: „Credo, ut intelligam frei ins zeitgenössische Deutsche übersetzt: Herr, o mein Gott, gewähre meinem Geist einen Produktionskredit” (przyp. tłum.).

[6] W słoweńskiej mitologii baśniowa kraina znajdująca się za dziewięcioma górami i dziewięcioma rzekami, w której nie istnieje zło (przyp. tłum.).

[7] Peter Handke, Die Wiederholung, Frankfurt am Main 1986.

[8] Nawiązanie do bohatera powieści Die Wiederholung, Filipa Kobala, który wydobywa z zapomnienia słoweńskie archaizmy, przeglądając niemiecko-słoweński słownik Pleterška z 1895 roku (przyp. tłum.).

[9] Zob. Homi K. Bhabha, Miejsca kultury, tłum. Tomasz Dobrogoszcz, Kraków 2010.

[10] Zob. Slavoj Žižek, Wyniosły obiekt ideologii, tłum. Joanna Bator, Paweł Dybel, Wrocław 2001.

[11] Zob. Timothy Garton Ash, Does Central Europe exists?, w: In search of Central Europe, red. George Schopflin, Nancy Wood, Nowy Jork 1989.

[12] Czesław Miłosz, Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku, Kraków 2004, s. 13.

[13] Franz Kafka, Kolonia karna, tłum. Juliusz Kydryński, Warszawa 1958.

O autorach

Simona Škrabec

Po ukończeniu studiów w zakresie filologii germańskiej i literatury porównawczej w Słowenii uzyskała doktorat z teorii literatury na Uniwersytecie Autonomicznym w Barcelonie (Universitat Autònoma de Barcelona). Jest najwybitniejszą pośredniczką między literaturami słoweńską i katalońską w sferze przekładów i informacji. Jej działalności na polu przekładowym towarzyszą regularne publikacje rozpraw i artykułów naukowych o literaturze europejskiej w XX wieku. Razem z Arnau Ponsem koordynowała nowatorskie badania nad relacjami pomiędzy kulturą katalońska i niemiecką Carrers de frontera (Grenzen sind Straßen, 2007–2008). Jej rozprawa L’estirp de la solitud (Potomkowie samotności, Barcelona 2003; wyd. słoweńskie: Ljubljana 2005) otrzymała nagrodę Josepa Carnera w dziedzinie teorii literatury. W książce L’atzar de la lluita (Szanse walki) Simona Škrabec podjęła rozważania nad Europą Środkową jako obszarem, na którym wykształciły się główne tendencje współczesności.

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Copyright © Herito 2020