Trzy modele kulturowej pamięci

Tożsamości wyobrażone

Trzy modele kulturowej pamięci: Kraków, Katowice, Wrocław

Publikacja: 17 sierpnia 2021

NR 2 2011

TAGI DO ARTYKUŁU

DO LISTY ARTYKUŁÓW

Jakie jest tworzywo pamięci? Nasze doświadczenie oraz badania podpowiadają, że pamięć składa się z elementów wielorakich: racjonalnie udokumentowanych faktów, wątków mitycznych, stereotypów, intencjonalnie i wybiórczo zestawianych zbitek, bywa manipulowana i dyktowana nakazami przeróżnych władz, a tam, gdzie dotyka nas osobiście, potrafi być podmalowana emocjonalnie i zbliżać się do panegiryku.

Miasto jako źródło obrazów pamięci ma służyć budowaniu tożsamości oraz więzi międzyludzkich. Zwróćmy przy tym uwagę, że chodzi o pamięć nazwaną „wspólną”, a nie „zbiorową” – tą drugą raczono nas nader często w PRL jako ideałem „zmrówczenia”. Tymczasem pamięć wspólna w moim rozumieniu jest drogą do formowania się postaw społeczności, jaką określamy mianem obywatelskiej. Świętowanie zaś pamięci jest istotnym składnikiem każdej wspólnoty.

Jak różnorodne potrafią być miasta jako miejsca pamięci, spróbuję naszkicować na trzech przykładach usytuowanych w nieodległym sąsiedztwie, a jednak o skrajnie odmiennych doświadczeniach własnej wspólnotowej pamięci. Są to: Kraków, Katowice i Wrocław.

Jeśli Wrocław uchodzi za miasto wielu nazw, to Katowice najpewniej dwu, a Kraków jednej (nie licząc łacińskiej). Każde z nich obrosło własną siecią obrazów pamięci, uwikłanych w przewrotną historię ostatniego stulecia. Każde po swojemu próbuje zrozumieć własne dzieje, niekiedy je oswoić lub wyplątać się z ich ciążenia, bądź pojednać się z własną historią.

Kolejność omawiania miast jest celowa: wyznacza kierunek ze wschodu na zachód – dramat dwudziestowiecznego przesuwania granic Rzeczypospolitej w dwóch odsłonach wojen światowych poza obszary przedrozbiorowe, na ziemie śląskie, kulturowo odmienne. Wyrastały z tego konflikty pamięci historycznej, zaognione jeszcze totalitaryzmami – w tej postaci w Krakowie nieznane. Przypomnijmy: nie ma na Śląsku tradycji sarmatyzmu, kultury dworku. Z perspektywy polskich imponderabiliów Śląsk nie jest mitogenny – poecie zawsze bliżej było na Litwę czy na Ruś niż do Opola. Polska wrażliwość kulturowa potrafi otwierać się na wschód, nie bardzo na zachód, chyba że jako emigracja. Stąd dwudziestowieczne przesunięcia granic na zachód przypominają chwilami chodzenie rakiem.

Ale zacznijmy od Krakowa. To miasto buduje prestiż na pamięci swej starodawności oraz – do pewnego stopnia – na ideach jednorodności narodowej i konfesyjnej. Doświadczył Kraków dwóch przywilejów: zachowania ciągłości substancji architektoniczno-urbanistycznej oraz ciągłości substancji swych mieszkańców – z jednym wszakże wyjątkiem: społeczności żydowskiej, której wysublimowany renesans pamięci oglądamy w ostatnich kilkunastu latach. Kraków funkcjonuje potocznie jako pars pro toto pamięci narodowej, a wynikające stąd zagrożenie nieznośnym patosem niweluje akcentami dystansującej się ironii i młodopolskiej groteski. Ta świadomość kulturowej ciągłości, jakże rzadka w rozchwianej „Mitteleuropie”, wydaje się istotnym wyznacznikiem krakowskiej lokalnej pamięci. Chciałabym zwrócić uwagę na kilka jej wątków z doświadczeń minionego wieku, dziś nabierających wyrazu szczególnego: syndrom Nowej Huty, pojmowanej w latach pięćdziesiątych jako sowietyzacyjne zagrożenie tożsamości oraz udane działania wokół jej oswojenia i integracji; żywą pamięć tradycji młodopolskiej początku XX wieku i jej późniejszą mitologizację. (Bez niej nie byłoby Piwnicy pod Baranami i Kantora, a jak żywa jest współcześnie, dowodzą witraże Wyspiańskiego – Wajdy przy placu Wszystkich Świętych. Mało kto w Krakowie zwróci uwagę, że milcząca ceglana ściana Krzysztofa Ingardena wydaje się echem ekspresjonizmu Dominikusa Böhma lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, ale może to tylko moja śląska perspektywa widzenia).

Na osobną uwagę zasługuje fenomen uniwersyteckiego Collegium Maius, gdzie, poczynając od lat powojennych, tworzona jest ex nihilo prestiżowa tradycja akademicka.

Z dzisiejszej perspektywy widoczne są trzy odniesienia, na których zasadzał się w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego stulecia specyficzny historyzm tego miejsca: odrzucenie dziewiętnastowiecznego neogotyku Kremera jako synonimu „niemieckości”, co wpisywało się dobrze w nurt ideologii ery gomułkowskiej; pielęgnowana gdzieś pod powierzchnią „tęsknota anglosaska”, swoiste dążenie do upodobnienia się do „oksfordzkiej” obyczajowości akademickiej; wreszcie estetyka konserwatorska tamtego czasu (w obliczu doświadczeń odbudowy zabytków warszawskiego Starego Miasta, Gdańska oraz last but not least formuły Pałacu Kultury i Nauki). Wyliczam te sprawy z niejakim niepokojem: czyżby jedynym strażnikiem nieprzerwanej ciągłości krakowskiej pamięci był Smok Wawelski? Choć i o nim wieść gminna niesie, że ponoć tak naprawdę nie był krakowianinem, ale Celtem.

Górnośląskie Katowice tymczasem są zjawiskiem biegunowo odmiennym – sytuacją, doświadczeniem, mentalnością. Odnajdują się nadspodziewanie wyraźnie w dzisiejszych ponowoczesnych wyobrażeniach o dekonstrukcji i niedopowiedzeniach. Poddawane presji i zmiennym politycznym koniunkturom, miasto o krótkiej półtorawiekowej historii (1865), o dynamicznym wzroście urbanistycznym w symbiozie z górnictwem i wielkim przemysłem. Tutaj każdorazowy przełom polityczny – a było ich wiele – oznaczał zanegowanie epoki poprzedników i jej dorobku oraz zrywanie ciągłości pamięci. Okres pruski 1865–1921/1922 odrzucony został w dobie Drugiej Rzeczypospolitej (1922–1939). Lata wojenne 1939–1945 przyniosły doświadczenia w obrębie Trzeciej Rzeszy (ze wszystkimi tego skutkami). Okres powojenny inaugurowany był natomiast masowymi deportacjami do ZSRR. Zaczęła się wtedy nowa polityczna mitologizacja stanu górniczego jako wyraziciela walki klasowej, pojawiły się hasła narodowego folkloru familoka i hałdy, rodzimości stylizowanej na cepeliadę, z równoczesnym dezawuowaniem wszystkiego co wcześniejsze: zarówno to niemieckie, pruskie, jak i polskie, „sanacyjno-kapitalistyczne”. Jeśli dodać do tego żywioł napływowy, poddawany powyższym stereotypom, otrzymujemy obraz katowickiej pamięci, na pierwszy rzut oka sprawiającej wrażenie wykorzenienia i braku jakiejkolwiek ciągłości. Wrażenie to nie jest jednak do końca trafne. Opisany obraz zmienia się, gdy spojrzeć głębiej. Pod powierzchnią leży bowiem warstwa druga, wydobywana i doceniana dzięki żmudnej pracy środowisk naukowych, literackich, samorządowych, prowadzonej przez ostatnie ćwierćwiecze i rozpoczętej na długo przed zmierzchem PRL. Stopniowo przywracana jest pamięć dziedzictwa pruskiego, czego przykładem choćby nowatorstwo Giszowca – garden city, radykalnego funkcjonalizmu stylu międzynarodowego Dwudziestolecia, stawiającego Katowice obok Gdyni i Warszawy jako trzeci ośrodek ówczesnej awangardy. Ważne i dyskutowane współcześnie są doświadczenia śląskiej autonomii jako modelu nowoczesnego regionalizmu i cywilizacyjnego awansu. Wreszcie są liczne doświadczenia epoki powojennej, kiedy już w latach sześćdziesiątych, przykładowo, miejscowa architektura inspirowana Paolem Nervim i Felixem Candellą wprowadziła awangardowe rozwiązania béton brut dworca kolejowego, paraboliczne kształty Spodka czy kolbowe wieżowce – bliźniacze formy Marina City w Chicago.

To tutaj toczy się spór, czy powstania śląskie – które notabene do polskiego panteonu irredenty nie weszły (może dlatego że udane) – nie były raczej wojną domową. W tym mieście stoją nieopodal siebie skłócone ze sobą pomniki Armii Czerwonej i Katynia; Piłsudski i jego tragiczny śląski adwersarz polityczny – Wojciech Korfanty; socrealistyczny pomnik Trudu Górniczego i pomnik Ofiar Kopalni Wujek. To tu pamięta się z rozbawieniem Wieżę Bismarcka przerobioną po pierwszej wojnie światowej na pomnik Tadeusza Kościuszki. To także tutaj zwykła wieża spadochronowa z lat trzydziestych przemieniła się w symbol obrony miasta we wrześniu 1939 roku za sprawą trzeciorzędnej powieści i polityki historycznej władz PRL – wbrew historycznym faktom. W tej materii jawi się na koniec świetny pomnik Powstańców Śląskich Gustawa Zemły – pierwotnie dzieło propagandy gomułkowskiej, o czym dzisiaj dawno zapomniano. Zachował się z racji swej artystycznej jakości i funkcjonuje jako znak rozpoznawczy miasta.

Pytamy, jak budować pamięć wspólnotową tam, gdzie historię wyznaczają: Uthemann, Grundmann i Tiele-Winckler, Holtze, Grażyński i Korfanty, Ziętek i Grudzień? Ta historia wymaga zrozumienia, zachowania dystansu, wreszcie pojednania. Jeśli tedy próbować określić katowicką wspólnotową pamięć, to zasadza się ona na wyraźnym uwrażliwieniu na nowoczesność. Może paradoksalnie pomaga w tym brak ciążenia wielkiej historii?

Trzecim ogniwem niniejszych rozważań jest dolnośląski Wrocław. O jego sprawie powiedziano tak wiele, że nie należy się powtarzać. Miasto zostało doświadczone w 1945 roku zagładą zarówno substancji architektonicznej, jak i mieszkańców. Katastrofa wydawała się wówczas całkowita i nieodwracalna. Do tego zagłada Wrocławia nie obrosła – wzorem Warszawy czy, po drugiej stronie, Drezna – żadną legendą. Zagładzie Wrocławia towarzyszyła niepamięć. Na ruinach przeszłości wyrastać poczęła rzeczywistość zrazu pokraczna, przygnieciona polityką władzy ludowej (zaczęło się od wywożenia cegieł i resztek ocalałych dzieł sztuki). A jednak przezwyciężono powojenną zapaść, jakkolwiek odbudowywanie zerwanej ciągłości historycznej trwało bez mała dwa pokolenia. Były to jednak pokolenia lwowskiej proweniencji, o mentalności pionierów. Z perspektywy historyka sztuki fenomen wrocławskiego feniksa ujawnia nieco inne zjawiska niż z perspektywy historyka. Śledzenie losów przywracania pamięci przez restytucję uznania dla substancji artystycznej – w czym jedynym kryterium wartościowania jest jakość dzieła, a nie polityczne czy narodowe przymiotniki – odsłania proces fascynujący. Wszak jakość tej substancji jest we Wrocławiu niebagatelna. Od dziesiątków lat historycy sztuki i architekci budują z niej istotny element konstytuujący miejscową wspólną pamięć, czy będą to dzieła średniowiecza, powstałe w dialogu z Czechami i Morawami, świetność baroku o austriackich konotacjach, uwrażliwienie na atuty pruskiej architektury spod znaku Carla F. Langhansa i Karla F. Schinkla, wreszcie światowej rangi moderna Hali Stulecia Maxa Berga. Przez lata śledziłam z radością przywracanie pamięci tego ogromnego dziedzictwa. Równolegle następował zresztą proces stopniowego uwalniania się z parafiańszczyzny zsowietyzowanego dyktatu i przywracania zerwanych więzi europejskich oraz polsko-niemieckiego pojednania. To nie przypadek, że pierwsze podziemne wydanie Jana Józefa Lipskiego ukazało się właśnie tutaj.

Sukces wrocławskiego odrodzenia pamięci – gdyby je mierzyć w kategoriach jedynie racjonalnych – graniczy z nieprawdopodobnym. Nowi przybysze wydobyli z ruin i uczynili swoim obce dziedzictwo. Czyż podobnie nie działo się przed wiekami – z zachowaniem wszelkich proporcji – w Rzymie? I tam, i tu zaczęto zrazu chodzić w za dużych butach.

W przypadku Wrocławia zadziałał genius loci szczególnego rodzaju, owa szczypta specyficznego humoru oplatającego miejscową wspólną pamięć, kiedy rozbrzmiewało zawołanie Pomarańczowej Alternatywy „niech żyje surrealizm socjalistyczny”. Bo jakże inaczej wytłumaczyć, że dziś na ulicach miasta, w miejscach nieoczekiwanych, zjawiają się co chwila najprawdziwsze krasnale. W ich starodawność i opiekuńczą moc nikt nie wątpi. Czyżby pamięć miasta rozciągała się pomiędzy wzniosłością a uroczym kiczem?

Na koniec należałoby spróbować nakreślić coś na kształt podsumowania. Jak nazwać owe trzy modele pamięci wymienione w tytule? Mniemam, że pamięć Krakowa cechuje swoista dośrodkowość, introwertyczność, inaczej niż pamięć Wrocławia – o tendencjach ekstrawertycznych, otwarcia na zewnątrz. Pamięć Katowic składa się zaś z dwóch nakładających się warstw: ta wierzchnia, zewnętrzna, to zbitka stereotypów upolitycznionej propagandy, pod nią rozciąga się warstwa głęboko wtopiona w miejscowe podglebie, niepodatna na chwilowe zmiany pogody, o autentycznym wyczuciu nowoczesności.

 

O autorach

Ewa Chojecka

Historyczka sztuki. Założycielka i wieloletnia kierowniczka Zakładu Historii Sztuki na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Autorka licznych opracowań dotyczących sztuki Górnego Śląska oraz architektury XIX i XX wieku. Pod jej kierunkiem powstała „Sztuka Górnego Śląska – od średniowiecza do końca XX wieku”. Autorka między innymi „Miasta jako dzieło sztuki. Architektura i urbanistyka Bielska-Białej do 1939 roku” czy „Silesia incognita. Architektura kościołów ewangelickich Górnego Śląska 1945-2017”. Współpracuje z Instytutem Dokumentacji Architektury Biblioteki Śląskiej. Współzałożycielka powstałego w 1989 roku Związku Górnośląskiego.

INNE ARTYKUŁY TEGO AUTORA

Copyright © Herito 2020